Opowiadania odważnych dla odważnych

Miernych poetów nikt nie zna, dobrych
- niewielu. - Tacyt

Autor: Lippoman1
Data dodania: 2010-01-13 16:34:59
Rozmiar czcionki zmniejsz zwieksz
Oceny ocen: 0
Odslon: 150
Dodatkowe: Wyślij ten adres znajomemu
Widok do druku drukarka

Bigos i cała reszta

OpisPowieść cz.2 i ostatnia. Historia i śmieszna i straszna. cos na kształt dupczenia tygrysa w syberyjskiej tajdze
Tresc
Bigos *&

Zima wasza wiosna nasza

Rok 1982, Warszawa, styczeń. Czwarty tydzień wojny jaruzelsko – polskiej.
Dobrzy ludzie siedzą po więzieniach to tu to tam, przeważnie bez wyroków, więc poniekąd nielegalnie.
Inni, ci źli, tacy sobie, a niekiedy i jakoś tam pewnie dobrzy pilnują, aby sprawy toczyły się zgodnie z najnowszymi pomysłami władzy. Większość obywateli jest zdezorientowana i mocno wkurwiona całym tym zamieszaniem. Duże zaburzenie byle jakiej ale bądź, co bądź znanej rzeczywistości.
Powszechna dezorientacja, której nie są w stanie umniejszyć telewizyjno- gazetowe zapewnienia o postępującej normalizacji.
Źle podane, nieudolne kłamstwa potęgują nastrój powszechnego przygnębienia i bezsilnej złości.


W pierwszych dniach stycznia Wisłę skuł lód. Pękały rury z ciepłą i zimną woda, ludzie kulili się na przystankach, a ich mieszkania były niedogrzane. W przychodniach puchły kolejki zakatarzonych, kaszlących obywateli. Wiele autobusów nie wyjechało z zajezdni. W sklepach niedobory pieczywa, masła mleka i wielu innych produktów. Przy koksownikach żołnierze z poboru, też zdezorientowani i nieźle wystraszeni. Skąd mogą wiedzieć, jakie będą rozkazy.?
Z rozkazami nigdy przecież nic do końca przecież nie wiadomo. 

Za to na murach i owszem, i owszem, społeczeństwo zaczyna kontestować nową rzeczywistość. Wolna trybuna, poniekąd.  Wolna do póki nie złapią na publikowaniu.
Pierwsze ponaklejane ulotki nawołujące do bojkotu junty wojskowej, Wrona Skona, WRON won za Don. Hasła wzywające do bojkotu mediów, DTV łże jak łgał oraz i malunki. Najpopularniejszy, nie do przeoczenia – Zima wasza, wiosna nasza.
Hasło dobre, bo krótkie, rymowane i pozornie przejrzyste.
Nad tym hasłem się był Maksio szczególnie zadumał i dumając wszedł do swego niedogrzanego mieszkania. Tam owinął się w bury koc, zasiadł na tapicerskim fotelu i dalej dumał. 
Zima wasza, wiosna nasza. A co z nami będzie zimą, to przecież dobre dwa a nawet trzy miesiące?. Wielka niewiadoma. Pewnie nie wymrzemy tej zimy, chociaż kto wie.?
Generał wspomniał, że władza się sama wyżywi, więc może jesteśmy zbędni.?
Tyle już ludzi na Ziemi, na pewno jest przeludnienie.
Kto by się troszczył o jakieś tam trzydzieści parę milionów?
Chińczycy wyrównają przez mniej niż rok.
Generał oświadczył też, że kto będzie pracował jak żółw będzie jadł zupę z żółwia.
Kto jednak widział w Polsce zupę z żółwia, nie mówiąc o jej jedzeniu.?
Nigdy nie jadłem takich frykasów i pewnie nie będę jadł.
A Polacy jak wiadomo nie Wietnamczycy i pracują statecznie, przynajmniej w Polsce.
Co innego w Niemczech czy Holandii, ale to nic nie zmienia, bo przecież nie dadzą nam ponad trzydziestu milionów wiz do stref dewizowych wraz z puszkami żółwiowej zupy na drogę.
A co będzie z ptakami zimą, kto się o nie zatroszczy? 
Mrozy trzaskające. Ludzie jakoś być może przetrwają, jak to ludzie, ale co z ptakami w mieście.?

W piwnicy sklecił, więc karmnik, przywiązał go do barierki na balkonie sznurkiem do bielizny i wiedział, że jest to dobre. 
Karmnik był niewielki dość koślawy, z dwuspadowym daszkiem. Ujdzie, pomyślał.
Nie chodzi tu przecież o doskonałość formy na miarę Michała Anioła, czy Leonarda, fałszerza całunu Turyńskiego, tylko o małą stołówkę dla głodnych i zziębniętych ptaków.
Uśmiechnięty poszedł do kuchni. Wygarnął okruchy z chlebaka, resztkę kaszy jęczmiennej z szarej torebki i wrócił na balkon.
Wysypał swój dar na dno karmnika, zamknął drzwi balkonowe i zasiadł ponownie w tapicerskim fotelu.
Z tego miejsca widział całe swe dzieło. Mijały minuty, cienie się wydłużały, dzień powoli ustępował nocy. Szarzało, zmierzchało się i nic. Żadnego ptaka, żadnej żywiny.
Spać poszedł skwaszony.
Chyba jakiś głupi jestem. Tu wielka polityka, przełomowe wydarzenia a ja o wróblach myślę. 
Homo sum et nihil humani ame alienum esse puto, właśnie tak to ujął filozof, nic tam o ptakach, psach, nosorożcach.
Napracowałem się, położyłem w tym projekcie niemałe nadzieje a te opierzone małe skurwysyny, nawet nie pofatygowały się na mój balkon by dać mi odrobinę satysfakcji. Może lepiej zostanę opozycjonistą. Powalczę z tym diabelskim, bezbożnym  systemem, opartym na prymitywnej sile. Trafię za kraty, będę bohaterem, a w przyszłości, kto wie, kto wie, może premierem albo i prezydentem w odnowionym kraju.?
Zasnął targany wątpliwościami.

Dzień wstał słoneczny, choć nader mroźny. Śnieg skrzypiał pod stopami wielkiego tłumu. Maksio szedł na czele, w biało – czerwonej czapce z orlim piórem, naprzeciw czołgom.
Szli w milczeniu, z godnością z wielkim przekonaniem o słuszności swego marszu. Za chwilę padną strzały, poleje się krew. Wie, że tak będzie, i czuje się niemal gotowy na bohaterską śmierć.
Idą dalej, milczący, dumni. Idą i idą i idą. Nic się jednak nie wydarza. Czołgi wciąż stoją w takiej samej odległości jak na początku marszu.
Za czasem tłum rzednie, coraz bardziej i bardziej i tylko Maksio dalej i dalej z podniesionym czołem, pustymi ulicami. Szedłby tak dalej może i w nieskończoność gdyby nie  duży fiat w kolorze yelow- bahama, z którego wyskoczyło dwóch facetów w skórzanych kurtkach. Bez słowa wykręcili mu ręce, skuli i zapakowali na tylne siedzenie.
Wyprowadzili go na Mokotowskiej, gdzie wylądował w ponurym pokoju. Czarne biurko, dwa krzesła i szafa z płyty w sosnowej okleinie.
Po chwili pojawił się facet z ryjem, w skórze, uderzająco podobny do tych z fiata. Podszedł do Maksia z kpiącym uśmiechem i iśta fiśta pierdoliśta zaczął tak: 
- Imię i nazwisko.
Maksio próbuje odpowiedzieć, ale nic nie mówi.
- Adres stałego zameldowania.
Maksio próbuje odpowiedzieć, ale nic nie mówi.
- Co to kurwa, mowę wam odebrało.?
- Nic z tych rzeczy, mnie się po prostu nie chce z wami towarzyszami gadać, bo i o czym, bo i o czym.?
- Jak to, o czym?  O waszych występkach
- A konkretnie, jakich.?
- A choćby o udziale w nielegalnej demonstracji?
-A co ktoś mnie widział na demonstracji.?
- A może i tak, my wszystko wiemy.
- A jakie będą najbliższe numery toto-lotka.?
- O jajcarz z was widzę.
- Nie tyle jajcarz, co człowiek logicznie myślący
- Skoro pan taki logicznie myślący to, co tu robi.?
- A to już ja się pytam, po co mnie tu przywieziono.?
- Jak to, kurwa, po co, bo porządek i ład żeście zaburzali.
- Ja zaburzałem, jak niby, chodząc chodnikiem.?
- Nie udawajcie mi tu, a zresztą, nie chce mi się z wami gadać.
Kartotekę macie, jak na razie, czystą. Kontaktów cennych nie posiadacie, więc w sumie marnuję tu z wami czas.
- Cóż jest pan elementem władzy. A władza nigdy nie marnuje czasu poświęcając go obywatelom. Czyż nie?
-O widzę naprawdę z was inteligent, a do tego logicznie myślący, więc powiem wam coś co na dobre ostudzi w was pomysły by wchodzić w drogę władzy.

Są trzy podstawowe zasady skutecznego rządzenia.
Ludzie powinni się bać, nie ważne, kogo. Od tego sa politycy i dziennikarze.
Ludzie powinni żyć w poczuciu winy. To akurat działka księży. Współpracują z nami harmonijnie.
Gdy społeczeństwo już tego nie kupuje trzeba dać ludziom wybór. Partia A i partia B, które w sumie niczym się nie różnią poza nazwami nie będą różniły. Daje to jednak społeczeństwu możliwość wyboru, co ludzie z natury lubią. Wybór jest w sumie taki sam jak miedzy pepsi cola i coca colą.  To jednak melodia przyszłości. Ale my już nad tym pracujemy.
Gdy ludzie zmądrzeją i nie kupują już tych powyższych prawd zaczyna się nie wiadomo, co.
Zakładamy jednak, że dochodzi do zupełnej anarchii, czyli czegoś na kształt bajzlu totalnego, po którym wracamy do sprawdzonego systemu, a ludzie znowu są zadowoleni, że ktoś, czyli znowu my zaprowadził porządek w kraju, czyli do władzy silnej ręki, czyli nas, bo my drogi panie jesteśmy bez względu na rodzaj panującego systemu niezbędni.
- A dalej co, co dalej, spytał Maksio jak ludzie przestana lubić władzę silnorękich.?

No dobra, pogadaliśmy, pożartowaliśmy to teraz spierdalaj.



Wypuścili go o szóstej, tuż po godzinie policyjnej. Zanim zasiadł w tapicerskim fotelu, by przemyśleć doświadczenia ostatniej nocy, zerknął na balkon.
Karmnik był pusty. Uśmiechnął się i poczuł jakaś taką wielką lekkość w sobie, jakby mu ten cały uśmiech spłynął do wewnętrza. Jednak warto, jednak warto, pomyślał.



Bigos %

Pierdnięcie

Maksio siedział wygodnie w swoim starym fotelu. Wypoczywał po wciągnięciu kolacji, złożonej z jajecznicy z trzech jaj na boczku i jednej cebuli.
I gdy tak siedział i rozmyślał o einsteinowskim paradoksie dziadka, poczuł, że ma w sobie znaczny nadmiar gazów jelitowych.

Zanim przypomniał, co konkretnie się wydarzy, gdy wędrujący w przeszłość wnuczek zamorduje dziadka odważanie pierdnął. Zawarczał odbytnicą, wielokrotnie. Sucho i donośnie.
Po krótkiej chwili, wchłonął ostrą przesyconą strawioną cebulą woń. Nie był to przyjemny zapach, a jednak było w nim coś interesującego, niemal upajającego. Siedział, więc i wchłaniał to, co przed momentem opuściło jelita.

Dziwne, pomyślał, gdy ktoś obcy zanieczyści powietrze uciekam jak najdalej, zatykam nos. Gdy jednak sam to zrobię, wchłaniam ową obcą nieprzyjemną woń bez spodziewanej przykrości.
Bardzo to dziwne. Czy to się dzieje, dlatego, że to moje pierdniecie było moje, czy też z jakiejś innej przyczyny? Czy ma to w sobie coś z ciekawości badacza zgłębiającego własne wnętrze czy też wynika z nakazu kulturowego? Kulturowego nakazu oddalania się od cudzych pierdnięć.

Cesarz Klaudiusz podobno wydał stosowne prawo, pozwalające na oddawanie gazów nawet podczas uczt. Kto wie, może sam często pierdział?
Z kolei w dziewiętnastym stuleciu, podobno jakiś pruski oficer zanieczyścił był powietrze, podczas oświadczania się bliżej nieokreślonej pannicy, po czym bez zwłoki odebrał sobie życie przy pomocy pistoletu.
Osobliwe jak te rzeczy zmieniają się w ciągu wieków.

A jak jest obecnie? A tak. Pierdnąwszy wypada powiedzieć przepraszam i sprawa poniekąd załatwiona, choć bliźni i tak muszą wdychać nieprzyjazne im wonie. Bo gdy ktoś przeprosi nie wypada umykać z zanieczyszczonego miejsca.
Pierdnięcia wywołują u ludzi śmiech. Ponoć na całym świecie. Czemu akurat śmiech, a nie płacz lub powiedzmy zadumę? Czemu nie skłaniają ich do śpiewu czy recytowania wierszy?
Darwin, w jednej ze swych książek, wywodził, że śmiech jest objawem histerii. Czy to prawda, a jeśli tak, to, dlaczego  pierdnięcie doprowadza ludzi do histerii? Czy to z powodu dźwięku, czy za sprawą woni, czy też kombinacji obu doznań? Osobliwe. Osobliwe i nader zastanawiające.

Z drugiej strony jest tak wiele rodzajów pierdnięć.  Donośne suche, niemal bezwonne, donośne smrodliwe, mokre, zazwyczaj bardzo smrodliwe, ciche, też nierzadko nader aromatyczne. Zastanawiające czy jest jakaś gradacja reakcji na różne rodzaje pierdnięć.
Ciekawe jak smrodzą wegetarianie czy weganie.? Pewnie przyjemniej, pewnie mniej smrodliwie, a jak Eskimosi, żywiący się niemal wyłącznie tłuszczem?
Jak stuprocentowo mięsożerni Pigmeje? Jak Amerykanie, a jak Rosjanie?
Czy woń gazów zależy głównie od diety czy też ma coś do rzeczy rasa, płeć, kolor oczu? Czy są ludzie, którzy nigdy nie pierdzą? Psy i krowy na pewno, ale czy na przykład żółwie z Galapagos, płetwale błękitne, nietoperze, wampiry z Argentyńskich pampasów.

Ciekawe, że panie rzadziej zanieczyszczają powietrze. Czy to sprawa płci czy też bardziej się hamują? Ciekawe jak rozkładają się reakcje na różne sposoby zanieczyszczania powietrza w różnych kulturach, w różnych grupach wiekowych, zawodowych.

Tak wiele pytań i żadnych odpowiedzi. Głupi się człowiek rodzi i głupi umiera.
Tyle jego, co sobie powdycha. Jedni lepiej, a inni gorzej.




Bigos )

Pogrzeb przyjaciela

Ucichł oddech, przerażony pies skulił się pod fotelem.
Zostało: sześć kartek zapisanego papieru na blacie starego biurka, niedopałki w mosiężnej popielniczce, zimowe ubrania na pawlaczu, litr mleka w lodówce, bałagan w mieszkaniu, już niepotrzebne lekarstwa, niezapłacony czynsz za ostatni miesiąc, zamieszanie z „ tym pochówkiem’’, zakłopotanie, wolne miejsce dla kogoś innego.

Maksio poszedł na pogrzeb kolegi z pracy, o którym, tego dnia, chciał myśleć, że był jego przyjacielem.
Tak naprawdę nie przyjaźnili się, nawet zbytnio się nie lubili. Skoro jednak już się wybrał na tę przygnębiającą uroczystość, w chłodny deszczowy wiosenny dzień, poczuł się zmuszony dorobić do sytuacji jakieś sensowne uzasadnienie.

Najgorszy moment imprezy stanowiło spuszczanie trumny, do wykopanego przez grabarzy dołu. Znacie to przecież.
Odczuwał mieszankę znudzenia i zniesmaczeni i, by choć trochę poprawić sobie nastrój, oddał się całkowicie obserwacji grabarzy. A co za tym poszło opisowi swych spostrzeżeń, który szedł mniej więcej tak.
Cisi i niewidoczni niczym dobrzy kelnerzy. Dwa, na metr, na półtora budowla ich mierzy. Metr na metr dziecinne mieszkania.
Głębokość jest constans, do strefy przemarzania. Tak mało satysfakcji, tak wzrokiem omijani. Ani dnia grabarza, ani laurek, ani medali. Czasem dobrodziej pochwali częściej jednak zgani, że brudni, że buty w glinie, że znowu pijani, że grób wodą podchodzi, że nierówno spuszczali, że łopat, dyskretnie nie schowali, przed modłami.Za architektów ziemnych konstrukcji niewidocznych
Wznoszę, w duchu, toast szampanem - Dom Perignion 78 rocznik.
Ciach, ciach zagadały łopaty. Bum, bum, odpowiedziała trumna. Dije, dije, dije zaśpiewał sikor, do sikory.
Połowa marca to pora sikorzych amorów.

Dla przyjaciela zresztą pora nie tylko końca amorów, ale i wszelkich innych ponadziemskich uciech.
A tyle spraw miałem ważnych i niecierpiących zwłoki.
Leży tu jednak nieruchomo, nawet powieką nie mrugnie, w trumnie z jesionu na szafirowym płótnie. A świat pędzi dalej w sobie wiadomą stronę, tyle, że już bez niego. W sumie trochę szkoda. A może i nie szkoda, kto go tam wie.?

Nigdy przecież do końca nie wiadomo, czego warto żałować a czego żałować nie warto.

Dawno temu, w odległym azjatyckim kraju żył pewien średnio zamożny farmer. Miał on w c.v. między innymi syna jedynaka i kilka koni.
Dnia pewnego jeden z koni wybrał wolność i ruszył w step. Sędziwy już nieco farmer wysłał więc syna na poszukiwania.
Młodzieniec ruszył bez zwłoki i następnego dnia o brzasku powrócił z dwoma końmi. Zbiegłym i całkiem nowym, dzikim. Nim słońce wzniosło się wysoko nad horyzontem zeszli się sąsiedzi by pogratulować trafunku.
Farmer podszedł jednak do sytuacji z dużą dozą sceptycyzmu, był, bowiem, jak wspomniałem taoistą. Dwa dni później dziki koń kopnął jedynaka i złamał mu nogę. Dalej był ciąg zdarzeń, z naszego, europejskiego punktu widzenia złych i dobrych. Chińczycy określiliby je po prostu interesującymi.








Bigos #

Krzyk nocy jesiennej

Jesienny był to wieczór. Za oknem coś tam się snuło. Mgła to była,
a może i nie mgła, tylko jakieś tam wspomnienie późnego lata, które zapomniało odejść we właściwym mu czasie.

Taka to sobie była późnojesienna, listopadowa aura. W sam raz osnowa do kolejnej opowieści.

Maksio trwał był zanurzony w przepastnych czeluściach tapicerskiego fotela, z minionej epoki. Wygodnego mebla. Trwał i rozkoszował się chwilą, spokojna, leniwą i do niczego go nieobligującą. Próbował napieścić się tym niezobowiązującym bezruchem

I nagle, ten krzyk. Kobiecy, przepełniony trwogą, wołaniem o pomoc. Krzyk wzywający do czynu. Krzyk zakłócający, i niepożądany.

Krzyk dochodzący ze strony zachodniej. Z miejsca, które zamieszkiwali sąsiedzi o nie najlepszej reputacji. Wyniszczona alkoholem kobieta w nieokreślonym wieku i jej konkubent, mężczyzna czarniawy, szczupły o wiecznie przekrwionych oczach.

Niedobrze pomyślał Maksio, bardzo niedobrze. Znowu się biją. Cholerne bydło. Interweniować źle. Wiadomo jak się to skończy, kombinował. Nic nie robić też jakoś nie za dobrze, albo wynikną z tego dalsze hałasy albo poczucie winy, jeśli on ją wreszcie na dobre utłucze.
I tak źle i tak niedobrze. Poczekać chyba najlepiej. Czekał, więc.
Nic jednak z tego nie wynikało. Dalej krzyki. Dalej wzywania o pomoc. Już, już zamierzał podjąć jakieś działanie, gdy krzyki szczęśliwie ucichły.

Wkrótce po ucichnięciu krzyków wstał z fotela, wyszczotkował zęby, przebrał się w piżamę w żółto – zielone pasy i wygodnie ułożył we własnym, wygodnym łóżku.

A dalej było tak. Czarniawy skonał osiem miesięcy później, pod domem, czyli blokiem znaczy. Skonał, uprzednio ugodzony kuchennym nożem przez kolegę z pod celi. Towarzyszka życia denata, przyszła kilka tygodni później do Maksia pożyczyć 20 zł. Pożyczył, mając w pamięci poczucie winy tamtej listopadowej nocy.

Minęło kolejne kilka miesięcy. Konkubina denata urodziła dziecko, córeczkę, czarniawą, drobną. Maksio też był czarniawy i być może z tej to przyczyny kobieta w kilka tygodni po rozwiązaniu zgłosiła się do sądu z roszczeniem o alimenty twierdząc, że ojcem jej dziecka jest nie, kto inny tylko właśnie Maksio.
Prawny, sądownie wskazany ojciec dowiedział się o roszczeniach Czarniawej z oficjalnych sądowych pism.

Były rozprawy, badania medyczne, genetyczne, z których niezbicie wynikało, że Maksio ojcem nie jest. Cóż z tego. Sąsiedzi mieli i tak wyrobione zdanie. Dziewczynka była ładna i o dziwo zdrowo się chowała. Maksio najpierw wstydliwie, z pewnym ociąganiem, a z czasem coraz śmielej podjął ojcowskie obowiązki.

W obecnej sytuacji przeciągające się do rana wizyty specyficznych kolegów, schadzki na działkach  prezesem ogródków działkowych Goździk nabrały w oczach sąsiadów zupełnie innego wymiaru.
Niecałe dwa lat później matka i córka zagazowały się tlenkiem węgla z nieszczelnego piecyka.
Maskio urządził im przyzwoity pogrzeb a niecały rok później poślubił Halinkę. 

     
Bigos ^

Bliskie spotkanie

Była ciepła, bezchmurna, sierpniowa noc. Maksio drzemał w swym starym tapicerskim, niemalże zabytkowym fotelu i śnił wielkie jezioro otoczone wysokopiennym lasem, ponad którym szybował w grupie żurawi, dopóki nie obudził go nieznany dźwięk.

Ni to buczenie transformatora, ni to bardzo odległe bicie dzwonów.
Otworzył oczy i dojrzał snop fioletowo- pomarańczowego światła powoli zbliżający się od strony łazienki.
Strumień liznął mu stopy i powoli objął całe ciało, fotel i kawałek jesionowego stolika, na którym zwykle kładł książki.
Zanim zdążył powiedzieć – ‘’ja pierdolę’’ usłyszał suche klikniecie, po czym wraz z fotelem i kawałkiem stolika, zawieszonym tuż nad podłogą, wolniutko pożeglował w kierunku łazienki.
Chciał krzyknąć. Nie wiedział jednak, co w takiej sytuacji, wypadałoby krzyknąć a tym bardziej, do kogo miałby krzyczeć, więc milczał. Chciał wstać z fotela. Mięśnie jednak odmówiły współpracy z mózgiem. Po krótkiej jeździe znalazł się w progu łazienki i zlokalizował źródło dziwnego światła. Był nim kran nad wanną.
W progu fotel - pojazd przystanął.

Spojrzał w lustro. Ukazała mu się twarz człowieka zdziwionego. Twarz fioletowo- pomarańczowa. Po chwili fotel począł lekko drżeć. On sam pozostawał jednak osobliwie nieruchomy. Lewitował teraz tuż nad powierzchnią mebla. Dźwięk ustał i gdy wydawało się, że jest po wszystkim jakaś potężna siła, z wielka prędkością zassała go wprost do iluminowanego kranu.
Zanurzył się w wodzie otoczony czymś na kształt kropli oleju.
Czuł, że pędzi z ogromną prędkością przeciskając się pomiędzy cząsteczkami wody. Jednocześnie miał wrażenie, że stoi w miejscu, że wciąż znajduje się wewnątrz kranu. Spojrzał w prawo i dostrzegł, że nie jest sam. Towarzyszył mu stolik. O dziwo cały.

Zanim przestał się dziwić znalazł się wewnątrz turkusowej kuli wypełnionej chyba powietrzem. Wciąż lewitował i co dziwniejsze swobodnie oddychał. Po jakimś czasie zrozumiał, że już dotarł gdzieś, gdziekolwiek by się owo gdzieś znajdowało.
W przestronnym, dobrze oświetlonym pomieszczeniu siedziały na okrągłych taboretach trzy wielkie płatki śniegu, idealnie białe, każdy wielkości dużego wielbłąda lub małego słonia.
Płatek o kształtach pięcioramiennej gwiazdy coś zagadał.
Siedzący z lewej, romboidalny i ten z prawej kształtem zbliżony do prawosławnego krzyża coś mu odpowiedzieli. Mowa ich, choć bełkotliwa, bucząca przesłała mu jednak bez pośrednictwa uszu krystalicznie czysty, zrozumiały komunikat.
- Mamy stół, możemy zaczynać
- A co z nim.?
- Poczeka.
Jesionowy stolik pożeglował do wnętrza płatkowego kręgu.
Maksio wraz z fotelem znalazł się na marginesie całej akcji.
Płatki pochyliły się nad stołem. Cos miedzy sobą mruczały, bełkotały, a czas mijał, mijał

Zanim dotarł do brzegu kuli na stoliku, z nicości wyłoniła się spora ludzka gromadka, która jak się po chwili okazało zmierzała do pracy w fabryce opon. Dalej była fabryczna hala z mnóstwem różnych maszyn i urządzeń, przy których uwijali się ludzie w roboczych kombinezonach.
Po chwili z nicości wyłonił się obraz klasy z nauczycielem przy tablicy i dziećmi siedzącymi w ławkach.
Dalej obrazy ulic z różnych stron świata. Ludzie wędrujący, ludzie zamyśleni, ludzie zmęczeni a niekiedy ludzie roześmiani. Jakaś czarnoskóra kobieta, z kilkuletnim chłopcem, zdenerwowana, coś mu tłumacząca. Nie wiadomo, co, bo z jakiś przyczyn ta osobliwa projekcja była wykastrowana z fonii.  Po scenie z kobietą obraz mocno przyspieszył. Jak burzowe chmury po blacie przetaczały się wojny na miecze, dzidy, katapulty, karabiny jedno i wielostrzałowe, na bomby zrzucane z samolotów i wystrzeliwane z wielkich dział. Całe kwartały miast składały się jak domki z zapałek by po chwili całkiem zniknąć. 

Na pustym blacie ukazał się trójwymiarowy obraz oracza, odkładającego skiby drewnianym pługiem ciągniętym przez parę wołów. Oracz miał słowiańskie rysy. Dalej byli rycerze odziani w stal, jadący na ciężkich koniach przez jakiś równinny zielony kraj.  Białe kołnierzyki z prostokątnymi teczkami w otoczeniu szklanych wieżowców i facet ubrany na biało w berecie bez atenki, który dużo mówił i przyjemnie wyglądał.
- Nuda, zabuczał pierwszy płatek.
- Nuda, zgodził się drugi płatek śniegu.
-Nuda, nic nowego dla mnie,, zupełnie nic nowego dopowiedział trzeci.
- Lepiej z nim porozmawiajmy, skoro już tu jest rzucił romboidalny zadając jednocześnie pytanie skierowane do Maksia
- Skąd u was tyle optymizmu. Planeta wam się wali na pysk w skutek zanieczyszczenia bezmyślną cywilizacją, kryzys ekonomiczny, wojna za wojną, plagi, zarazy, a wy nie wiedzieć, czemu co chwila życzycie sobie, co chwila wszystkiego najlepszego.?
- Ja nie jestem optymista, ani trochę nie jestem. Dziwię się, każdego ranka i wieczoru, że ten statek jeszcze nie zatonął.
- Ale inni i owszem, nawet ci znajdujący się na samym dnie waszej drabiny sukcesu.
- Ci tak, żyją na południu i mają pod dostatkiem Słońca.
-  A czemu wy tak bijecie się o ropę naftową, gaz, węgiel skoro macie tyle darmowej energii słonecznej.
- Tego dokładnie nie wiem. To sprawa polityków i bogaczy.
-, Ale to przecież też zwykli ludzie, tacy jak ty.
- Niby tak, ale jakby nie do końca zwykli, oni mają władzę, a więc pieniądze, podejmują decyzje.
-, Ale czemu tak niszczycielskie dla całej reszty waszej gromadki.
- Nie wiem, pewnie uważają się za lepszy gatunek, a nas mają głęboko w dupie, a poza tym istnieją na Ziemi trzy rodzaje prawdy. Prawda, cala prawda i gówno prawda. Politykom, chodzi o tę ostatnią, bo ona najlepiej wyznacza miejsce przy żłobie
-, Ale macie przecież demokrację, możecie ich nie wybierać
- Niby tak, ale, żeby uczestniczyć w wyborach potrzebne są pieniądze, a tam już kończy się demokracja i zaczyna manipulacja.
- Idiotyczny system. Nawet nie warto się temu przyglądać. Zresztą jesteśmy tu przejazdem. Jak to się u was mówi – wszystkiego najlepszego.
- Ale czemu tak na prawdę żeście mnie porwali i czego konkretnie chcecie?
- Zmagamy się z nudą tak jak i wy. Liczyliśmy na nieco rozrywki, ale wygląda na to, że nic z tego nie będzie. U was  rządzi nuda i strach przed przyszłością.
- A czemu w nieskończoność powtarzacie te same sekwencje działań?
- Sam nie wiem, ale ludzie lubią rzeczy, które już wcześniej poznali. W moim kraju można by to określić syndromem inżyniera Mamonia Stąd taki sukces sklepów, restauracji sieciowych. Przewidywalność w tym generalnie nieprzewidywalnym świecie. Chyba o to właśnie chodzi.
- A nie mówią wam mamy, żeby zawsze próbować w życiu czegoś nowego.
- Raczej nie. Jedna na przykład na promocji w szkole pilotów doradzała synkowi, żeby latał nisko i powoli. I tak zwykle z mamami jest. A ojcowie cóż, przez większą część życia zajęci są walką o miejsce w szeregu, choćby i bardzo odlegle.
Tak to się u nas kręci. A jak ludzie za mocno przyspieszają to zwykle kończy się to zbiorowym mordem, czego później wszyscy się wstydzą.
- A czemu wasz świat oparty jest na pożeraniu jednej żywej istoty przez drugą zapytał romboidalny.?
- Nie ma pojecie, po prostu tak jest odparł Maksio
- A czemu tyle cierpienia, niepotrzebnego bólu ofiar, czy choćby i po co tylu chorych, cierpiących latami.?

-Nie wiem do prawdy nie wiem, Kościół Katolicki przekonuje nas, że Bóg jest nieskończenie miłościwy i że to wszystko, całe to cierpienie ma wielki sens.
- No dobrze, ale czemu dzieci, zwierzęta, i ci wszyscy, którzy nie zetknęli się z tą dominującą religią, lub wyznający inne.?
- Nie wiem, po prostu nie wiem. Nasz świat nie opiera się na logice. Jest kombinacją logiki i mistycyzmu.
- A co to mistycyzm.?
To taki system, którego nie da się ogarnąć bez sporej dawki pozbawionego logiki cierpienia.
- Ciekawy system, bardzo unikalny, rzekłbym nastawiony na masochizm. Tak czy inaczej jesteś wolny, wracaj do tego swojego dziwnego świata i ciesz się nim jeśli potrafisz po kres swej organicznej egzystencji.

Chwilę po tym Maksio znalazł się w dobrze znanym otoczeniu. Dalibóg nie wiedział co o tym wszystkim myśleć.
Starał się, więc nic nie myśleć. Postanowił nikomu o tym nie opowiadać. Bo i po co.?
Tuż po szóstej poszedł do osiedlowego spożywczaka. 
Kupił jak zwykle dwie kajzerki, serek topiony, tylżycki, który jak wiadomo powszechnie wzmacnia cycki, i kefir sokolski.
- Cholerna historia pomyślał pomiędzy pierwszym ugryzieniem topsera i drugim łyknięciem kefiru.
Jutro muszę jakoś przełamać tę naszą ziemską nudę. Tylko jak to zrobić.?. Jak to kurwa konkretnie zrobić.?  I jak zrobić coś sensownego z cierpieniem.?













Bigos #


Kamyk


Czternaste urodziny Maksio obchodził w sierocińcu. Tak wyszło.
Tak chciał Bóg Wszechmogący. Czternasty lipca, rocznica zdobycia Bastylii, albo może czegoś zupełnie innego. W każdym razie był to dzień wyjątkowo upalny. Rozpalone słońcem powietrze przybyło z nad Afryki.
Minęło już sporo czasu, od kiedy Maksio uwolnił się od wychowawcy pedofila, sadysty. Czas, jak to mówią goi rany. Tak ludzie mówią. Cóż innego im pozostaje. Gadanie przecież prawie nic nie kosztuje.

Pani Katarzyna Wielkomska pamiętała o urodzinach Maksia. Był tort i cała reszta. Nie czuł się jednak dobrze w towarzystwie wychowujących i wychowywanych. Jak zwykle zresztą, nie czuł się naprawdę dobrze wśród ludzi.
Nie miał w sierocińcu ani jednego przyjaciela, nie miał nawet dobrego kolegi, a do wychowawców podchodził z dużą dozą rezerwy.

Czternaste urodziny mają jednak w sobie coś magicznego.
Raz, że to dwie magiczne siódemki. Magiczne same w sobie. Dwa, że jest w nich coś umownego, symbolicznego coś z rzeczy związanych
z wejściem w wiek męski.
Co najmniej dwa powody a pewnie i więcej by ten dzień potraktować poważnie.
Postanowił, więc, te swoje urodziny spędzić w sposób wyjątkowy. Postanowił udać się w długą, pieszą wędrówkę do magicznej wierzbo- lipy, o których pani Kasia Wielkomska tak często im opowiadała, o której to botanicznej osobliwości nawet ułożyła wiersz. Nieporadną nieco epistołę, która brzmiała mniej więcej tak;
Nad brzegiem ruczaju, pośród łanów kwiecia
Lipa rośnie, stara, od wielu stuleci.
Nad łąką, w koronie, gdzie ptaków śpiewanie,
Para kruków, od wiosny, ma swoje mieszkanie.
Nieco niżej, w dziupli, pod suchym konarem
Wiewiórki mają spiżarnię prastarym zwyczajem.
Pośród ziół traw, grzybów, między korzeniami
Mieszkają dwie siostry zwane rusałkami.
Obie młode i piękne jakby z mgieł utkane,
Każda z dziewcząt na głowie kwietny nosi wianek.
Młodsza, jak trzcina wiotka, skroń ozdabia bielą,
Zawilce wiosenne w lokach jej się ścielą.
Starsza nimfa, jak dzień letni, syty i spokojny,
W szafir niezapominajek wianek jej jest strojny.
Obie zwiewne, ciche, płochliwe, ludzi unikają,
Znają je tylko dzieci, co owce pasają
Dalej, na dróg rozstajach stara i rosochata
Wierzba, z dziuplą na chłopa, niska i pękata.
Dziuplę tę od lat wielu Rokita zajmował.
Dnie tam spędzał deszczowe, mówią skarby chował.
Od czasów pradawnych znane wśród ludu podanie.
Mają w wierzbach rozstajnych czorty swoje mieszkanie.
Rokita, czart polny swojski, ot cząstka tej płaskiej krainy.
Jak wierzba, kamień polny, jak stare nadrzeczne młyny.

Zetną wierzbę rozstajną chyba jeszcze przed zimą
Przebiegnie droga szeroka tą zapomnianą krainą.
Zetną lipę sędziwą, stoi na osi drogi.
Rzekę w rów przemienią, znikną kopiaste stogi.
Stanie nad rowu brzegiem muzeum ludowe.
Zasną w drewnie lipowym starannie rzeźbione
Rusałki, Rokita, stogi, wierzba i pastuszkowie.
Drogą przyjadą turyści zwiedzać muzeum ludowe.

Wiersz znał na pamięć, jak wszystkie dzieciaki z jego grupy.
Wiedział jednak coś więcej. Wiedział gdzie szukać obu magicznych drzew. Znał dobrze topografię ścieżki poezji, dzięki wypełnionemu erotyzmem wieczorowi jaki spędzili tylko we dwoje niecałe trzy miesiące temu. O reszcie nie warto wspominać. Wiedza jednak pozostała. 
Dwa kilometry należało iść na zachód do Lewkowa, a następnie jedenaście kilometrów na południe do Wilkowoli, za którą winno się skręcić ponownie na zachód. Dalej należało wędrować wąskim piaskowym duktem, tak zwaną napoleońską drogą, aż do Jechmiczek. Za Jechmiczkami należało skręcić na Wolę Turowską ku wschodowi i tuż przed Jelmiczkami Nowymi było się na miejscu.
W sumie nieco ponad dwadzieścia kilometrów. I dużo i mało. Zależnie od kaprysów natury. Tego dnia kaprysem natury była temperatura około trzydziestu stopni na plusie w skali Celciusza i zupełna bezwietrzność. Inaczej mówiąc aura iście afrykańska.
Postanowił sobie solennie iść bez przystanków, bez ani jednego zatrzymania. Iść aż dojdzie, aż dotrze do magicznych drzew.
A czemu, a czemu.? A bo tak, a bo tak. A czemu inaczej.? Bo ten dzień ma być szczególny i to nie przez tort i sto lat, i bo jak to się uda to wszystko się uda itd..
Opakował się był w dżinsy, buty typu adidasy i  t-szert z napisem – ‘’Lata mi to’’. Napis wykonał sam. Markerem odpornym na pranie w wodzie, nawet z dodatkiem detergentów.
Wyruszył tuż po odśpiewaniu ‘’stu lat’’. Była godzina czternasta. Apogeum wysokich temperatur, dla tego lipcowego dnia i każdego innego dnia, jeśli nie wiecie.
Tuż za okalającym sierociniec parkiem, urządzonym w stylu angielskim, poczuł, że w lewym bucie coś uwiera. Poczuł lekki dyskomfort. Nic to, nic to, pomyślał, to mała rzecz, praktycznie bez znaczenia. Noga, za nogą, krok po kroku, siedemdziesiąt pięć centymetrów, i kolejne siedemdziesiąt pięć centymetrów.
Tak zmagał się z przestrzenią.
Z parku wyszedł na polną drogę, dwie koleiny z małym garbem pomiędzy. Wzdłuż drogi, po lewej i po prawej topole, na oko czterdziestoletnie. Na jednym z drzew uwił sobie miejscówkę trznadel. Najwytrwalszym jest on z ptasich śpiewaków. Nie zważając na upał i schyłek lata wciąż próbuje nakłonić jakąś samice do kopulacji.
Maksio, znał tego erotomana. Widywał cytrynowe trznadle, na skraju parku od niepamiętnych czasów. Zaczynały koncertować w początkach kwietnia i nigdy nie miały dość. Szpaner, pomyślał. Szpaner i erotoman. I szedł dalej. Dyskomfort w bucie jakby przygasł. Bardziej uciążliwy był ten afrykańki gorąc. Nic to, nic to, pomyślał. Dam radę.
Droga wiła się leniwie pomiędzy topolami. A wokół pola, pola, pola, pola. Na jednych zboże już zebrane a na innych jeszcze nie. Czy to żyto, czy może pszenica, a może owies, dumał stawiając krok po kroku.?
Zanim opuścił topolowy szpaler ból stopy przypomniał o sobie, z co najmniej zdwojoną siłą. Nie było to już jakieś tam uwieranie. Bolało na poważnie. Strużka nieprzyjemnych doznań wędrowała od środkowego palca lewej stopy poprzez łydkę, udo, pośladek, wzdłuż kręgosłupa, wprost do mózgu. Sygnał był jednoznaczny. Wróg w lewym bucie. Wniosek, jedyny sensowny – pozbyć się wroga.
Nic to, nic to, podpowiadała inna część mózgu. Dasz radę. Masz już czternaście lat. Jesteś mężczyzną. A trznadel nie przestawał.
Siedemdziesiąt piec centymetrów i kolejne siedemdziesiąt pięć centymetrów. Noga za nogą do celu, do magicznych drzew.
Szedł i cierpiał, z powodu upału i kamyka. Szedł w zaparte i cierpiał.
I trwałoby to być może przez długie godziny gdyby nie doznał iluminacji za sprawą ropuchy. Zwykłej brązowej, wolno kroczącej w poprzek drogi.
- Nawet tak głupie zwierze nie idzie w niewygodnych butach, chociaż ono ma też być może dzisiaj jakieś swoje ważne urodziny.
Dalej poszedł bez kamyka, uśmiechnięty, choć mocno rozgrzany lipcowym słońcem.
Drzewo okazało się być całkiem zwyczajne. Wrócił akurat na kolację. Na ulubione racuchy z jabłkami.




Bigos @


Był sobie wszechświat, czyli dziesiąte urodziny

  Był sobie, dawno temu, piękny wszechświat, w którym istniało niemal wszystko, poza pojęciem początku i końca. Był też i smok, tak ogromny, że jego ogromu nie sposób sobie wyobrazić.
Pewnego dnia, a może było to pewnej nocy, w każdym razie kiedyś, smok poczuł wielki głód, którego nigdy wcześniej nie odczuwał tak, bowiem był wymyślony. Tego dnia jednak poczuł iście smocze ssanie, co też było częścią pomysłu na smoka.
Był to głód równie wielki jak on sam, a może nawet i dużo większy.
Głód absolutny. Pożarł, więc był sobie smoczysko kilka słońc wraz z otaczającymi je planetami oraz księżycami, krążącymi wokół tych planet i nie poczuł się ani trochę nasycony. Przekąsił kilka czarnych dziur, czerwonych olbrzymów, białych karłów, dwie komety i nieco szumu pierwotnego wybuchu. Nadal jednak odczuwał okrutne wakułum w trzewiach.
  Połknął, więc najbliższą galaktykę. Przez chwilkę odczuł coś na kształt sytości, nie o to mu jednak chodziło. Marzył, bowiem o prawdziwym błogostanie, jaki zapewnia tylko wielkie żarcie.
  Jadł dalej. Galaktykę za galaktyką, nawet ich nie gryząc. Łykał je, nie przymierzając, jak wieloryb plankton. Trwało to jakiś czas. Może sto milionów lat, a może nieco dłużej. Przyszedł wreszcie moment, gdy rzekł naturalnie sam do siebie
–Syt jestem i bardzo mi przyjemni, po czym zasnął.
  W tym samym, mnie więcej, czasie, na jednej z połkniętych planet, rozwijało się życie. Z początku nieśmiało, jakby z ociąganiem, z czasem jednak dużo szybciej, przynajmniej w geologicznej skali czasu. Na pewnym etapie tego procesu pojawiły się na planecie Istoty Pytające, które wciąż i wciąż zadawały sobie trudne pytania.
Skąd jesteśmy, dokąd zdążamy, gdzie kończy się i gdzie zaczyna wszechświat, czym jest dobro, a czym jest zło i tym podobne.?
Tak już były wymyślone.
Wraz z Istotami pytającymi pojawiło się także, między innymi, pojęcie początku i końca. Istoty, by ostatecznie rozstrzygnąć nękające je pytania, na które to na gruncie dociekania absolutnie nie mogły znaleźć zadowalającej odpowiedzi, wystrzeliły się w kosmiczną dal. Poszybowały w stronę odległych gwiazd, choć nie tak całkiem dosłownie, jako, że ograniczone były bardzo ulotnym w skali czasowej życiem.
Powędrowały, więc ku gwiazdom w formie programów komputerowych, w maszynach napędzanych energią pierwotnego wybuchu. Maszyny miały wielkość naszych zapalniczek Zippo i poruszały się z prędkością dużo większą niż światło. Maszynki Do Latania W Kosmosie były wyposażone w przyrządy, które mogły zbadać zarówno granice wszechświata, jak i ich brak.
Były wszechstronne, prawdziwe cuda techniki. Dzięki swej sprawności i ogromnej prędkości, raz dwa dotarły do ściany smoczego żołądka i odbiwszy się od niej, z jeszcze większą prędkością, powróciły na Planetę Istot Pytających.
Dzień powrotu, w pewnym sensie, załogowych maszyn latających, zbiegł się na Planecie z Ogólnoświatowymi Dniami Postępu, podczas których próbowano podsumować dotychczasowe osiągnięcia Istot pytających w dziedzinie znajdowania odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytania. Obchody były tak huczne, że omal nie przegapiono powrotu sond kosmicznych.
Na szczęście, a może i na nieszczęście, któż to może wiedzieć na pewno, pewien chłopiec, astronom hobbysta, nie brał udziału w fecie z powodu tak prozaicznego jak grypa. Nudził się nieborak i przez bardzo czuły teleskop obserwował fragment nieba, którym na Planetę powracali kosmiczni wędrowcy.
O swoim odkryciu powiadomił najbliższe obserwatorium astronomiczne, znajdujące się tuż za rogiem. Warto nadmienić, że wówczas w każdym mieście było tyle obserwatoriów, co dzisiaj kiosków Ruchu, a bardzo czuły teleskop posiadało każde nawet bardzo małe dziecko.
Zespół Profesjonalnych Astronomów i Astrofizyków odnalazł kosmicznych wędrowców, którzy wylądowali, zgodnie z planem lotu, na jednej z pustyń posiłkując się przy tym spadochronami wielkości jednej szesnastej tetrowej pieluszki.
Komputery pokładowe poddano wielu wyrafinowanym testom, pomrukując przy tym - „ale staroć, ale staroć”. Badania przyniosły pozytywną odpowiedź na pytanie o granice wszechświata.
Sprawa byłaby raz na zawsze rozstrzygnięta, gdyby nie odkrycie matematyków. Okazało się, że jeden z algorytmów użytych przy konstruowaniu programu do badania granic wszechświata nie wytrzymał próby czasu. Co było robić, ponownie wysłano sondy, jeszcze mniejsze i jeszcze szybsze? Miały powrócić na Planetę do końca przyszłego tygodnia i pewnie by powróciły gdyby nie to, że zderzenia poprzednich sond ze ścianką żołądka smoka było brzemienne w konsekwencje. Przeżarta bestia, po tej pozornie błahej interakcji z działaniami Istot pytających, poczuła niestrawność i zwymiotowała wszystko, co wcześniej zżarła.
Nowe sondy wędrowały i wędrowały spotykając kolejne galaktyki. Smok zaś odżeglował w całkiem inną stronę tak, że nie miały szans go spotkać. W kilka tygodni po terminie powrotu nowych sond kosmicznych ostatecznie uznano, że wszechświat granic nie posiada.
  W tym samym czasie na Planecie, żyła sobie rybka bardzo podobna do naszego gupika. Mieszkała w akwarium dziesięcioletniego Maksia i była najmądrzejszą żywą istotą zamieszkująca Planetę. Znała odpowiedzi na niemal wszystkie pytania nurtujące Istoty pytające, w tym i te o granice wszechświata. Na pewnym etapie swojego krótkiego życia próbowała się nimi podzielić z chłopcem w podzięce za regularne, dość smaczne posiłki i dbałość o higienę w akwarium.

Nic z tego nie wyszło, bowiem rybka porozumiewała się ze światem wyłącznie przy pomocy machnięć ogona i wymownych spojrzeń. Maksio nie znał niestety tego języka, poprzez co on całe jego plemię do dziś dnia tkwi w stanie niepełnej wiedzy, której pustkę próbuje wypełniać niepełną i nader niepokojącą wiarą.









Bigos d

Pytanie


Od kiedy sięgał pamięcią nurtowało go  pytanie natury zasadniczej.
Co lub kto tak na prawdę rządzi światem, kto lub co  wywiera największy wpływ na dokonywane przez ludzi wybory?

Tak zwany czysty przypadek, trzęsienia ziemi, mniejsze i większe, maszyny parowe, pieluszki jednorazowe, odkrycia Mikołaja Kopernika, wynalezienie koła, środki antykoncepcyjne, zarodziec malarii, pomadki do ust, pies Pluto, proch strzelniczy, polityka Stolicy Piotrowej wobec pedofilii księży, hamburgery w bułce z frytkami i bez bułki, budziki na baterie, samochody hybrydowe, huragany, komputery osobiste, dymarki obrabiające stal darniową, rowery dwu i czterokołowe, meteoryty, żaglowce, telewizja z misją i bez misji, rewolucja francuska, syfilis, akwalungi, pieniądze, susze w Afryce, apartheid, papier, udomowienie chomików, wędkarstwo rekreacyjne, golf, pokazy w delfinariach, jednorazowe chusteczki do nosa, stosy średniowiecznej Europy, narzędzia krzemienne w muzeach archeologicznych i poza niemi, tsunami w Tajlandii, kiwające głowami psy w samochodach, zasada domniemania niewinności, system windows, piłka nożna, widelce, powozy, związki zawodowe, cykliczne zmiany klimatu, teatry amatorskie, dezodoranty firmy Adidas, czarna ospa, bomba atomowa, dzidy bojowe, gazety i czasopisma, seanse spirytystyczne, coca-cola, sezonowe wędrówki ptaków, papierosy, telefony stacjonarne i komórkowe, obniżenie poziomu wód gruntowych w Polsce w ostatnim dwudziestoleciu, płyty wiórowe, diamenty, szkło, czarna ospa, poezje Homera, loty kosmiczne, lody na patyku i lody w wafelku, wynalezienie druku, poker, komary przenoszące malarie i nieprzenoszące niczego, giełda, pochodnie, piramidy egipskie, geomancja, jedwabne szlafroki haftowane w smoki, kieszonkowe dla dzieci, kieszonkowcy dworcowi i sklepowi, pługi drewniane i żelazne, udomowienie psów, czółna wystrugane z pnia drzewa sadndałowca, fotografia cyfrowa, pop kultura, dżinsy, znaczki pocztowe, ludziki z kasztanów, Harry Potter, wschody i zachody słońca, jako zjawiska natury estetycznej, koronkowa bielizna, google, eternit, mur pruski, elektrociepłownie, literatura z najwyższej, młyny wodne, regały wypełnione książkami, komunizm, szpadel, odkrycie DNA, Jezus Chrystus, garbarstwo, fiszbiny, perły, kapelusze z piórami, papiestwo, monitory plazmowe, piwo, eutanazja w Holandii, tynki zewnętrzne i wewnętrzne, pacyfizm, zapalniczki jednorazowe, kluby go-go, muzyka Mozarta, kumkanie żab, karty kredytowe, kredki świecowe, Holokaust Żydów, akwarystyka, tusze do rzęs, kotlety z soi, trójpolówka, pacyfizm, długopis, wodociągi, miłość francuska, parlamentaryzm, lecznicze zioła, hot - dogi, kolej żelazna, odkrycia archeologiczne w okolicach Biskupina, wyprawa Kolumba, pchły, bryza od morza, boks zawodowy, prezydent Ronald Raegan, pieśń słowika, matka Teresa Kalkuty, chiński cud gospodarczy, sny aborygenów, Hitler, gest Kozakiewicza, banany, krowie mleko, kombajny zbożowe, bobry, stringi, Napoleon, terroryzm islamski, Dalaj Lama, powieści Kurta Vonneguta, mumifikacja zwłok, kary cielesne w szkole i poza nią, Dziady Adama Mickiewicza, wojna z bolszewikami w 1920 roku, Ku- Klux- Klan, marihuana, kanalizacja miast i wsi, peruki i treski, zimowe dokarmianie ptaków, meteoryt tunguski, szklane paciorki, Elwis Presley, xero kopiarki, alfabet Morsa, łodzie podwodne, kwiaty doniczkowe, kompleks Potrnoja, buddyzm, kabiny prysznicowe, lasy deszczowe, jako takie i te wycięte, walce Sztrausa, bajka o Czerwonym Kapturku, nitrogliceryna, puszki aluminiowe, stołówki pracownicze, powieści w odcinkach, szczury, Adam Michnik, homoseksualizm żyraf, japońska porcelana, Kaczor Donald, heroina do palenia i wstrzykiwania, wesołe miasteczka, kiszona kapusta, silniki rakietowe, ksiądz wikary z Rabarbaru, Konstytucja 3 Maja, wały przeciwpowodziowe na Odrze i ich niedostatek, feudalizm w średniowiecznej Francji, pizza, płoty drewniane, Charlie Chaplin, uwłaszczenie chłopów w Belgii,  przycisk escape, randki w ciemno, bil boardy, mity prasłowian, wódka z martini, mrówki, Leonardo da Vinci, kretowiska, wampiryzm, królowa Victoria, pralka automatyczna, skarpetki, wirus ebola, Leonardo Dicaprio,  nihilizm, Pablo Picasso, Trasa Łazienkowska, wojna w Zatoce perskiej, domy towarowe Centrum, uświęcenie krów w Indiach, zeszyty w dwie linie i w kratkę, walce drogowe, mazurki Szopena, temperówki, fajerwerki, lodowce, serial Stawka Większa Niż Życie, teleskop Hubla, dżdżownice, minispódniczki, pop-corn, hipisi, Templariusze, uwiąd starczy i menopauza, landrynki, rosół z kury z kluskami, sanatoria dla gruźlików, litera’’ ź’’ w polskim alfabecie, przygody dobrego wojaka Szwejka, zawały serca i zawały w kopaniach uranu, elektrownie wiatrowe, maminsynki, wycieczki do Kenii na foto- safari, trąd, medytacja, menstruacja, transwestyci, lód w kostkach, czajniki z gwizdkiem, Katarzyna Figura, pszenica, króliki kaszki kus-kus, guma do żucia, Martin Luter King, pani Malinowska ze Starej Wsi w województwie mazowieckim, kalosze, Jan Sebastian Bach, karaluchy, kajzerki, gradobicie, płatki owsiane na mleku, komiksy, Arystoteles, kamyk w lewym moim bucie szesnaście lat temu w lipcu, analfabetyzm, kefir, płacz niemowląt, nożyczki do paznokci, głód na Ukrainie, moda, bartnictwo w XVI wiecznej Polsce, mini-spódniczki, królowa Elżbieta II, plastelina, powszechny obowiązek szkolny, efekt cieplarniany, menopauza, tramwaje konne, jajka po wiedeńsku, kalendarz Majów, płyn do płukania ust, stacja kosmiczna Mir, taniec z gwiazdami, cień afrykańskich baobabów, Teletubisie, pies sąsiada.? 

Im więcej się nad tym zastanawiał tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że tak zwana władza, we współczesnym, poniekąd demokratycznym świecie, jest czymś niezwykle rozproszonym i równie łatwym jak i niemożliwym do zdefiniowania.
Władza to wpływanie na umysły innych, której skutków nie sposób przewidzieć. 




Bigos przybrudzona biel

Szpitalne peregrynacje

Biebrza to prawy dopływ Narwi. Biebrza to jednak coś więcej, coś co  łatwiej to przeżyć niż opisać. Jak bowiem zamknąć w słowach pustkę torfowisk, nocne toki dubeltów, gulgotanie cietrzewi w szronie marcowego świtu? Jak namalować słowami wędrujące pod najszerszym podlaskim niebem łosie? Jak opisać ciszę niezmąconą żadnym obcym dźwiękiem? Jakie słowa oddadzą lekkość ruchu smukłej pychówki zręcznie prowadzonej przez człowieka, który jest tu od zawsze jak kamień, jak zakole rzeki, jak brązowy bekas?
Trudne to zadanie.

Najtrudniej jednak chyba opisać Biebrzę zimą. Jaka jest ona zimą? Przeróżna bywa w swej zastygłej monotonii. Raz jak świeżo wykrochmalone prześcieradło rodu olbrzymów, a innym razem jak paleta malarza, co świat w odcieniu brązów, żółci i bieli postrzega. Gdy wiatry nadciągną z północy, Biebrza jest jak Bałtyk w sztormowy wieczór. Nie ma wtedy traw, nie ma drzew, bo wszystko znika, aby chmury stały się Biebrzą, a Biebrza chmurami.

Wiosna na Biebrzy to bogactwo ptasiego harmidru, nieposkromiony festiwal żółtej barwy kaczeńców i jaskrów, latem coś jakby sawanna afrykańska, jesienią nostalgia za czymś, albo i za niczym, a zimą…. właśnie zimą kraj to najmniej przystępny, najbardziej człowiekowi nieprzyjazny i dziki. Zimą biebrzańskie pustkowia najchętniej odsłaniają swą duszę, co jednak nie znaczy, że można ją dostrzec.
Jest w niej posmak skórki dobrze wypieczonego chleba, jest zapach bez woni i pieśń bez dźwięku, jest poezja bez słów.

Zimą błota zapełniają duchy, które nie dzwonią łańcuchami, nie zwodzą w topiel, duchy, które są w tej krainie, bo nie mogą nigdzie indziej być. Jest także w mroźne noce pieśń wilka, co tylko głupiec będzie ją próbował opisać, jest szelest ponowy śnieżnej, co jak pałeczka Jankiela ląduje na lodowej warstewce śniegowych cymbałów. Jest tu zimą niekiedy ptak drapieżny, co szuka na pustkowiu innego stworzenia.
A człowiek, czy człowiek jest też tam zimą? Nie ma go. Czasem jakiś zbłąkany wędrowiec, czasem miejscowy, co musiał od chaty swej odejść. Człowieka tam nie ma. Co człowiek mógłby robić w miejscu tak dzikim? Patrzeć, – na co? Słuchać, – czego? Nawet łoś, najbardziej biebrzański mieszkaniec tego kraju, zimą chowa się w lasach olszowych, co okalają rzeczne moczary. Może, więc wilk dziki? Jego tam też nie ma, lecz w niektóre noce jest tam pieśń wilka, pieśń, co w klatce słów naszych nigdy nie zamieszka.
Cholerna historia, jak zwykł był mawiać Z. M. Gliwicz, prominentny polki biolog, trafiła się Maksiowi w wieku lat siedemdziesięciu siedmiu. A było to tak.

W pierwszych dniach stycznia Biebrzę skuł lód. Ucichły bagienne łąki, pola i torfowiska. Na otwartych przestrzeniach, mokradeł niewiele pozostało zwierząt.
Łosie skryły się w olszowych lasach. Wilki podążyły ich śladem. Tylko orły krążyły wysoko, wypatrując zajęcy, kuropatw, cietrzewi.

Biel i czerń. Tak większość z nas postrzega koloryt stycznia. O śniegu zwykło się, bowiem mawiać, że jest biały. Maksiowi śnieg nigdy nie wydawał się biały.

O świcie dźwięczał mu odcieniami różu, by wraz z podnoszącym się słońcem, w głębi cieni, odziewać się w barwę niebieskawą, z odcieniem paryskiego błękitu.
Gdy chmury nadciągały nad Biebrzę, tak zwana biel umykała w kierunku zimnego szafiru lub brudnego granatu. Kierując wzrok w stronę cieni widział go brunatnym. Gdy zaś spoglądał w przeciwnym kierunku, niby to biały śnieg, zaskakiwał go szeroką paletą odcieni srebra.
Czuł barwy jak mało, kto. Cóż jednak z tego, skoro wędrując, dla czystej frajdy, po tych bezkresnych pustkowiach poślizgnął się był i padając na ten wielobarwny lód, śnieg, złamał, lewą nogę, prawą rękę, oraz kawałek kręgosłupa odpowiedzialny za werbalną komunikację ze światem.

Cud, zrządzenie losu czy też wyroki boskie sprawiły, że w tej jakże niefortunnej kondycji odnalazła go para turystów, wędrująca biebrzańskimi bezdrożami.
W pierwszym odruchu postanowili staruszka okraść i pozostawić na pastwę, żer, wilkom. Gdy jednak okazało się, że Maksio nie posiada przy sobie nic wartościowego zadzwonili z komórki na bezpłatny numer policji - 112 w nadziei, że być może, chociaż rodzina im to jakoś materialnie wynagrodzi.
Karetka dojechała po dwóch godzinach i po upływie kolejnej godziny dowiozła Maksia do szpitala w Mońkach.

W tym miejscu zaznaczyć należy, że był to nader nieprzychylny okres dziejów dla służby zdrowia w Polsce. Kryzys pełną gębą. Niemal wszyscy, zdrowi na ciele i umyśle, Polacy, wyemigrowali
do co bogatszych krajów.
Zakład Ubezpieczeń Społecznych, ze zbieranych składek ledwo nastarczał na utrzymanie pracowników.
Emerytur od kilku lat nie wypłacano. Szpitale utrzymywały się niemal wyłącznie z łapówek. Jednak i te były coraz skromniejsze, co dla dalszej narracji ma wielki znaczenie.

W Mońkach dyrektorem szpitala był wówczas, Wieńczysław Zawardziński, człowiek w sile wieku, szczupły, czarniawy, energiczny i nad wyraz zaradny, o którym personel zwykł był mawiać, że potrafiłby wycisnąć wodę nawet z kamienia, na samym środku Pustyni Błędowskiej.
Kierownik placówki z ogromnym zaangażowaniem tropił wszelkie przejawy marnotrawstwa. Zarówno prawdziwego jak i wyimaginowanego.
Igły jednorazowe stosowano aż do zupełnego ich stępienia.
Bandaże prano, po wielokroć i to w zimnej wodzie, pościel prasowano, by zaoszczędzić na proszkach do prania.

Na nocnych dyżurach zamiast lekarzy pozostawiano coraz częściej salowe, które miały niższą stawkę zaszeregowania, i tak dalej.
Z czasem dziwactwo Wieńczysława przerodziło się w obsesję, której źródeł można by się doszukiwać w jego niezbyt udanym dzieciństwie.

Wychowywała go babka, Zenobia Kołder, kobieta nader surowych obyczajów, bardzo religijna, katoliczka. On zaś w dzieciństwie cierpiał na refluks, czyli dziecinną formę zgagi.  Jadł mało i bardzo niechętnie, często przy tym wymiotując.
Babunia, jako kobieta nad wyraz zasadnicza i oszczędna, nie tolerowała marnotrawstwa darów bożych. Po naradzie z proboszczem parafii Matki Boskiej Litosnej opracowała, więc system kar dla wnuka, niejaka.
Za niedojedzenie zupy- pięć razy mokrą, drewnianą linijką po dłoni. Za ukrywanie kotleta pod ziemniakami, dziesięć razy kablem od żelazka na goły zadek. Za niejedzenie surówki klęczenie na grochu przez pół godziny, i tak dalej.
System, teoretycznie wydawał się być doskonały, cóż jednak z tego. W praktyce zawodził.
Wieńczysławek niezmiennie wymiotował. Babcia, już bez pomocy osoby duchownej wykoncypowała własny sposób na krnąbrnego wnuka. Chłopiec jadł, wymiotował, jadł to, co zwymiotował i tak dalej. Trudno orzec jak ta nowatorska metoda wychowawcza sprawdziłaby się na dłuższą metę.
Po kilku tygodniach eksperymentów skrajnie wycieńczony chłopiec trafił do domu dziecka, a babci ograniczono prawa opiekuna i było po eksperymencie.
W domu dziecka przyszłego dyrektora szpitala w Mańkach farmakologicznie wyleczono z refleksu i przez jakiś tam czas dobrze mu się działo.
Pewnego grudniowego dnia, tak jakoś w okolicach świąt Bożego Narodzenia, przyjęto tu jednak do pracy nowego wychowawcę, Anatola Dobrzyńskiego, absolwenta pedagogiki specjalnej i pedofila. Przeznaczenie, przypadek, Bóg Wszechmogący czy cokolwiek innego chciałoby upodobał on sobie właśnie Wieńczysławka. Chłopiec, dobrze wytresowany przez babunię, opierał się gwałcicielowi nader krótko. Dalej szło gładko, aż za gładko i na tyle gładko, że po kilku miesiącach pedagog znalazł sobie nową ofiarę. Lubił gwałcić a tu już nie było nic do gwałcenia.

Wieńczysław ukończył w domu dziecka edukację na poziomie liceum, a następnie, jako, że okazał się być dzieckiem dość utalentowanym, wstąpił na medycynę, którą w terminie ukończył.
Pomińmy szczegóły kariery lekarskiej przyszłego dyrektora prowincjonalnego szpitala na kresach kresów do czasu wzmiankowanego nieco wyżej kryzysu w służbie zdrowia.

Nawet najbardziej posunięta oszczędność ma to do siebie, że z czasem dociera do jakiegoś tam ostatecznego progu, za którym zaczyna się sfera tabu.

Wieńczysław pewnego wieczoru musiał, więc dojść do wniosku, że w jego placówce marnują się ciała zmarłych pacjentów, nie wspominając o fragmentach ciał z takich czy innych powodów odłączonych od pacjentów.
Rodziny, pozbawione zusowskich dotacji coraz mniej chętnie odbierały nieboszczyków by na własny koszt grzebać ich po chrześcijańsku.
Szpital oferował spopielenie na dużo korzystniejszych warunkach finansowych. Prochy można było za symboliczna opłata odbierać w szarych torbach papierowych, które szpital zakupywał po 12 groszy w pobliskim centrum handlowym

Na rynku mięsa od dłuższego czasu kryzys wyciskał bezwzględne piętno.
Wieńczysław połączył ze sobą te dwa ekonomiczne zjawiska i bez większych oporów moralnych zawarł układ z miejscowa jatką kierowaną przez kwalifikowanego rzeźnika Mirosława Słojca, człowieka w średnim wieku, niskiego wzrostu, bardzo otyłego,
o bladej cerze, zupełnie pozbawionego wyobraźni.
Dobili interesu jeszcze przed opróżnieniem pierwszej butelki szpitalnego spirytusu.
Ciała i ich fragmenty wędrowały do rzeźni, co poprawiało budżet nie tylko szpitala, ale Pieniędzy zakładu rzeźnickiego.
Pieniędzy jednak, jak wiadomo, nigdy dość.

Nie minęło nawet sto dni, gdy Wieńczysław opracował prosty system selekcji pacjentów.
Rokujący finansowo do leczenia, nierokujący, prosto do Mirosława.
Nasz bohater, Maksio nie rokował a do tego zajmował łóżko przy ścianie pokoju lekarskiego, w związku, z czym takiej to rozmowy został mimowolnym świadkiem
- Ten połamaniec, z jedynki, zgłosiła się rodzina, zagaił naradę dyrektor.?
- Nikt, zupełnie nikt odpowiedziała siostra Zenobia Grzyb.
- Cóż ma pecha, dorzucił lekarz praktykant, Arkadiusz Drzazga
- A miał przy sobie coś wartościowego, dociekał Wieńczysław.
- Nic, zupełnie nic odpowiedziała pielęgniarka.
- To na dzisiaj pavulon, a jutro na przerób.
Na tym narada w pokoju lekarskim się zakończyła.

Maksio próbował walczyć. Doczołgał się nawet na słabo oświetlony korytarz. Oszczędności.
Tam jednak czekała na niego Zenobia Grzyb z pełną strzykawką i tak to całe życie Maksia się, moi kochani skończyło, zwyczajnie i nader racjonalnie.
A kto zjadł Maskia? Wasze dzieci, wasze wnuki.
A w jego warszawskim mieszkaniu zostało.
Sześć kartek zapisanego papieru na blacie starego biurka,
niedopałki w mosiężnej popielniczce, zimowe ubrania na pawlaczu, litr mleka w  lodówce, już niepotrzebne lekarstwa, niezapłacony czynsz za ostatni miesiąc.

I to by było na tyle.
Tomasz Lippoman www.bialowieza.com.pl

Zobacz tez

Skomentuj prace

Dodaj komentarz
Pseudonim
Tresc
User Gość
Data 2010-03-11 21:05:44
Zapisywanie
Shoutbox
[ 2010-01-09 09:37:37 ] Maciek: Jak humorek Wam dopisuje? Zdarzyło się Wam ostatnio coś zabawnego?
[ 2010-01-09 12:18:23 ] Dracula: taaa... zaliczyłam kolokwium z matmy smile bardzo mi było zabawnie i zaciesznie po tym fakcie xd
[ 2010-01-09 14:52:15 ] Maciek: Grauluję. U mnie zbliża się kolejne z matmy. Wielkimi krokami
[ 2010-01-09 17:15:15 ] Misiael: Wpadnij do mnie na łacinę wink Kolosalna mordęga
[ 2010-01-09 18:10:23 ] Whore Of Babylon: :<
[ 2010-01-11 10:39:14 ] Dracula: Maciek, mnie całki dopadną w przyszłym tygodniu, więc wiem, co czujesz smile
[ 2010-01-11 18:36:42 ] Maciek: Będzie dobrze.
[ 2010-01-22 21:17:02 ] Dracula: Ja dziś pisalłam całki... I powiem, że cholernie cieżko było i nie wiem, czy dobrze wyszło hmm
[ 2010-01-22 21:17:14 ] Dracula: ale za to mam zaliczenie z ćwicze ń z fizyki big_smile
[ 2010-01-23 13:47:00 ] Dracula: i dziś dostałam z chemii big_smile
[ 2010-01-23 17:42:14 ] Maciek: No to się zaczęło... Sesja obsesja.
[ 2010-01-24 22:01:44 ] Szejnis17: jest tu kto? tongue
[ 2010-01-24 22:02:18 ] Szejnis17: weźcie poczytajcie coś u mnie na profilu tongue
[ 2010-01-26 22:05:13 ] Maciek: ok, zaraz
[ 2010-01-26 22:59:10 ] jaqqu: zaraz to taka duża bakteria
[ 2010-01-30 20:20:34 ] KRISS221i: ogłądałem po angielsku wcale nie taki fajny jak mówią
[ 2010-01-31 09:24:28 ] Maciek: Ale co?
[ 2010-01-31 12:02:59 ] KRISS221i: avatar z góry zaczełem czytać
[ 2010-01-31 12:14:42 ] Maciek: Ahaaa. Ja nie oglądałem. Jeszcze.
[ 2010-01-31 12:26:32 ] KRISS221i: i nie polecam
[ 2010-01-31 15:49:03 ] Merrik: A bł ktoś może na Parnassusie?
[ 2010-01-31 16:19:30 ] Misiael: Dziś o 23:30 chcę Was widzieć przed telewizorami - na TVP 2 będzie retransmisja najlepszego koncertu ostatenigo dziesięciolecia.
[ 2010-02-01 21:31:31 ] Maciek: Kurczę, że też musiałem to przeczytać dopiero dzisiaj.
[ 2010-02-02 18:12:29 ] Sherrax: To była ściema w programie nigdzie nie pisało "jlepszego koncertu ostatenigo dziesięciolecia."
[ 2010-02-04 21:07:02 ] El Daniel: Parnassus zajebisty. chyba ze ktos nie lubi odkreconych filmow w dodatku z nuta rozkminy smile
[ 2010-02-04 21:07:23 ] El Daniel: telewizja kłamie. albo program telewizji xd
[ 2010-02-17 20:26:07 ] Dracula: ha, no to semestr do przodu big_smile
[ 2010-02-25 19:22:33 ] Maciek: Ano
[ 2010-02-25 23:12:54 ] El Daniel: co tam! jp na 100%?
[ 2010-02-27 22:56:41 ] Maciek: Oooo nieeeee.
Zarejestruj się żeby pisać w shoutboxie.
reklama Fanlista
© by Opowiadania 2006 - 2010 oparte na silniku Puklerz kontakt z adminem osób online: 8 Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO