Tresc Mortiz wdrapywał się właśnie po schodach, gdy nadbiegł kolejny anioł. Ubrany w długą, białą szatę zaczął gonić przełożonego, potykał się co chwila i machał kawałkiem pergaminu. Miał złote loki tak jak większość mieszkańców nieba.
-Ojcze! -wydyszał, gdy dopadł szczytu. -Oszalałeś!
Mortiz spojrzał na niego z politowaniem.
-To jedyne rozwiązanie, synu mój.
-Jestes pewien?
-Oczywiście. Ja nigdy sie nie mylę.
-Ale jeżeliby...
-Dość. -Przerwał mu.
-Ale gdyby...
-Dość powiedziałem. To rozsądne rozwiązanie.
Anioł patrzył na przełożonego spode łba. Mortiz był stary i budził w nim respekt, jednakże Ariel nie uważał, aby było konieczne zakłócać spokój ziemskim istotom.
-Widzę, że się ze mną nie zgadzasz. -Stary anioł pogłaskał się po długiej brodzie.
-Nie zgadzam się, ojcze.
-Dlaczego?
-A pomyślałeś o tej biednej dziewczynce? Co, jeżeli dostanie zawału?
Moritz uśmiechnął się.
-Aleś ty zabawny Arielu.
-To głupi pomysł.
Ten go nie słuchał tylko ruszył z wolna w stronę pałacu.
-Jestem jednym z rady, a poza tym wiem co robię.
-Ale...
-Żadnego ale!
Staruszek zmierzył go spojrzeniem.
Wkroczyli do pałacowych ogrodów. Wszystko zrobione tutaj było z białego marmuru, ścieżki, mury, ściany. Wszędzie także rosły magnolie, krwistoczerwone róże oraz jasnożółte kosaćce. Niebiańskie ogrody były piękne. Dookoła uwijali się aniołowie i zbawione dusze, gawędząc, śmiejąc się, czasem rozrabiając.
-I? -spytał Ariel, gdy skręcili w stronę bramy.
-Co i?
-Zmieniasz zdanie ojcze?
-Nie zmienię żadnego zdania!
Ariel wzruszył ramionami.
-Robisz to na własną odpowiedzialność, wiesz, że co niektórzy tego nie pochwalają.
-Synu, co niektórzy to ateiści i nie wierzą mimo iż tu są.
Mortiz puścił do niego oko.
-Rada jest za mną.
-Nie rozumiem dlaczego się zgodzili.
-Pomyśl, gdyby szatan żył z nami w zgodzie...
-Nie rozmarzaj się ojcze. -Rzekł Ariel, gdy Moritz zrobił błogą minę. -Tu chodzi o to, że zrobimy jej piekło na ziemi.
-Oj, wytrzyma. Każdy musi mieć opiekuna, czyż nie?
Ariel zająknął się.
-W...w sumie tak...
-No widzisz?
Przełożony pchnął bramę i znaleźli się wewnątrz pałacu. Budynek, tak jak ogrody był zbudowany z czystego, nieskazitelnego marmuru. Witraże zastąpiły okna. Na ławach pod ścianami siedzieli aniołowie urzędnicy zajęci bardziej przyziemnymi sprawami niźli marzeniem. Zajmowali się spisywaniem dusz, przyjmowaniem ofiar, wysyłaniem błogosławieństw i resztą niepotrzebnych rzeczy, jak twierdzili młodzikowie. Pośrodku komnaty stała ogromna fontanna tryskająca wodą czystszą niż kryształ. Dookoła niej także stały ławy.
Mortiz i Ariel ruszyli w prawo i wkrótce znaleźli się w drugiej
komnacie, znacznie mniejszej, ale za to wygodniej urządzonej. Staruszek podszedł do jednego z dostojnie ubranych aniołów.
-Witaj Derry.
-O, Mortiz! Widzę, że zdrowie ci dopisuje!
Był to wysoki mężczyzna o przenikliwych oczach, jasnych włosach, i o dziwo, z hiszpańskim akcentem. Sprawiał miłe wrażenie. Miał na sobie szmaragdową szatę przepasaną fioletową szarfą.
-Tak, w rzeczywistości.
Derry spojrzał na Ariela.
-A to pewnie młody uczeń!
Ariel posłał mu podlizarski uśmiech.
-Masz może już dla mnie klucz?
-Tak, gdzieś tu powinien być. -Derry spojrzał na swoje niebiańskie biurko, całe zagracone, w przeciwieństwie do jego dostojnych kolegów. -Poszukam. -I zaczął przerzucać papiery.
-Dobrze, bardzo dobrze. -Mortiz zatarł ręce z zadowolenia. -Poczekamy na zewnątrz, dobrze jest pooddychać świeżym powietrzem.
Wrócili do ogrodów. Staruszek postanowił poprzechadzać się wśród kwiatów, a Ariel postanowił wytoczyć mu jak najwięcej argumentów, aby ten w końcu zrezygnował.
-Ojcze...
-Tak, Arielu?
-A pomyślałeś, co zrobisz, jak się nie zgodzi?
-A ty znowu o tym samym! -Mortiz westchnął. -Nie. Nie pomyślałem. Musi się zgodzić, jakoś go przekonam.
-Ale dziewczynka już cię nie obchodzi!
-Nie dziewczynka Arielu, dziewczyna.
-Jak to? -Anioł nie zauważył i potknął się o szatę. -Jaka dziewczyna?
-Ona nie ma ośmiu latek, synu.
-A ile ma?
-Szesnaście z tego, co mi wiadomo.
-O radości! -Wykrzyknął Ariel. -Tego jeszcze nie było!
-Ale co znowu ci nie pasuje?
-Co mi nie pasuje!?
Ariel patrzył tępo na przełożonego. Czy naprawdę nie dostrzega tej oczywistej przyszłości, którą on teraz widzi? Czy może boi się przyznać? Postanowił spróbować z innej beczki.
-Ojcze, a jak on będzie niemiły?
-Już nie krzyczysz?
Anioł spotulniał.
-Na pewno będzie niemiły. Arogancki, zły, brutalny. Ale to jedyne wyjście.
-Bo przechodzisz na tę swoją emeryturę i już cię nie obchodzi los niewinnej szesnastolatki!!!
-Powtarzasz się mój drogi. Obchodzi mnie.
-Jakoś nie widać.
Mortiz westchnął.
-Jakby cię tu przekonać?
-Nic mnie nie przekona. On zrobi z niej diablicę.
-Postaw się na moim miejscu.
-Stawiam się i co?
Staruszek pokręcił głową. Spojrzał w górę. Chmurzyło się. Zerwał się silny wiatr, w sam raz na podróż w czasie, ale oni nie mieli teraz na to czasu.
-Idzie burza. -Stwierdził.
-Co to ma wspólnego?
-Arielu, możesz sobie stroić fochy, ja nie zmienię zdania, koniec kropka.
Anioł udał obrażonego i ruszyli dalej po ścieżkach. Mortiz sprawiał wrażenie, jakby cała ta rozmowa w ogóle się nie odbyła. Zadowolony kroczył przed siebie, wdychał słodki zapach kwiatów.
-Powiesz jej to osobiście? -Ariel, płaczliwie spróbował po raz ostatni. To jedno pytanie sprawiło, że staruszek zatrzymał się i popatrzył na niego niedowierzająco.
-Ch-Chyba tak.
-I tu cię mam! -Zaśmiał się Ariel. -Boisz się to zrobić!
-Cóż za głupota!
-Tak, boisz się! Widzę to w twoich oczach! Teraz wyraźnie to widzę.
-Wcale nie. -zaprzeczył staruszek.
-Zobaczymy jak przyjdzie co do czego.
Mortiz właśnie miał zacząć się tłumaczyć, gdy nadbiegł Derry.
-Wszędzie was szukałem! Nie mogliście schować się gdzieś bliżej?
-Widzę, że masz czas na absurd. -Chrząknął Mortiz.
-A tobie co? -Derry, oddychając ciężko oparł się o jabłoń. Poprawił ubranie, szarfą przetarł czoło i z kieszeni wyciągnął duży, złoty klucz. Miał on tyle ząbków, ile przeciętny człowiek grzechów i Ariel zastanawiał się, czy udałoby się mu wykuć coś takiego.
-Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.
Podał go staruszkowi.
-Dziękuję. -Odparł Mortiz. -Idziesz ze mną Arielu?
-Oczywiście! Zawsze o tym marzyłem.
-Do widzenia Derry.
-Gdzie są drzwi? -Dopytywał się Ariel, gdy zmierzali do wyjścia. -Jak wyglądają? Czy na dole jest gorąco?
-Zadajesz za dużo pytań. -Stwierdził przełożony. -Nie idziemy do piekła, tylko na ziemię.
-A po co?
-Bo on jest na ziemi. Po co miałby wracać specjalnie dla nas?
-Powinien.
Staruszek pokręcił głową.
-Ale nie musi. Tylko Arielu...
Anioł nadstawił uszu.
-Nie wtrącaj się, dobrze?
-Dobrze, ale...
-Tak?
-To naprawdę twój syn? Wiesz... Ten prawdziwy?
-I nie zadawaj takich pytań!
Ariel wzdrygnął się. Czyżby uderzył w czuły punkt?
Wyszli za bramę, zeszli po kilometrowych schodach i skierowali się do Niebiańskiego Masta.
W Artois życie toczyło się spokojnie, jak na Krainę Wiecznej Szczęśliwości przystało. Miasto było centrum Królestwa, tutaj swoją Wieżę miał Bóg, tutaj znajdowała się Cytadela Strażników i wejście do piekła.
Uliczki wyłożone marmurową kostką, duże, wygodne, ogromne domy z balkonami, z których wystawały roześmiane buzie dzieci. Przy płotach rosły wysokie drzewa. Akurat kwitły, więc wszystko było skąpane w różnokolorowych płatkach sypiących się zewsząd. Ludzie, którzy zasłużyli sobie na taki raj spacerowali albo po prostu przesiadywali na murkach. Nie było wojen, głodu, moru, zarazy ani śmierci. Wszystko w idealnym porządku. Wszystko, oprócz bramy na przeciwległych końcach Artois. Czarnej bramy.
Ariel przez cały czas myślał, że zmierzają właśnie w tamtą stronę, zdziwił się więc, gdy staruszek skręcił przy głównej alei i ruszył do innego wyjścia z Nieba, bramy mniejszej, zielonej.
-Co to, ojcze? -spytał zdezorientowany anioł.
-To? To jest hologram.
-Śmiesznyś bardzo, nie wierzę ci.
-Nie musisz.
Znaleźli się przy bramie. Pilnowało jej dwóch Cherubinów. Stali po dwóch stronach i halabardami zagradzali przejście. Ubrani byli w ciężkie, płytowe zbroje, na ich twarzach malował się upór i zdecydowanie. Mortiz pozdrowił ich gestem dłoni, wyciągnął zza pazuchy klucz i podał najbliższemu, razem z wyświechtanym kawałkiem pergaminu. Anioł obejrzał uważnie przedmioty.
-Za zgodą najwyższego członka Rady Starszych możesz przejść.
Mortiz kiwnął głową i pociągnął za sobą Ariela, gdy brama się otworzyła.
-Uważajcie na siebie. -Szepnął do nich Cherubin, zanim wrota się zatrzasnęły.