Tresc
Rozdział VII
Marsz powrotny był długi i męczący, znacznie dłuższy niż ten, w którym biegłem za Risą by przemówić jej do rozumu. Szliśmy teraz ręka w rękę, bo bałem się ją puścić by mi znowu nie uciekła a to raczej nie było teraz wskazane. W lesie zapadał już powoli zmierzch i wszystko dookoła robiło się szare, pozbawione konkretnych barw i konturów, bynajmniej dla niej. Co chwilę potykała się o coś leżącego na ściółce z igliwia i klęła głośno używając takich wyrażeń, że aż uszy więdły od słuchania. Na szczęście sam widziałem w mroku doskonale i nie miałem takich problemów.
Kiedy wreszcie dotarliśmy do skraju lasu na uboczu wioski, było już całkiem ciemno a gwiazdy świeciły ostro, rozjaśniając odrobinę czarne niebo tysiącem białych punkcików. Było nadzwyczaj spokojnie, tylko lekki wietrzyk poruszał delikatnie listkami borówek rosnących tu całymi połaciami między rozłożystymi sosnami. Ta dziwna cisza jakoś źle na mnie działała. Czułem się spięty i gotowy na coś, co miało się wydarzyć...
Zauważyłem też coś dziwnego. Nie słyszałem żadnych normalnych odgłosów słyszanych zwykle wieczorem w lesie.
No i gdzie był Biały? Nie słyszałem jego rżenia, ani choćby niecierpliwego uderzenia kopyt o ziemie. W ogóle nie słyszałem żadnych leśnych zwierząt, cykad, wieczornych ptaków… jakby coś je nagle wypłoszyło... Z wioski również nie wydobywały się żadne dźwięki.
-Gdzie jest Biały? Słyszysz go? – Spytała Risa ściskając mnie mocniej za rękę. Najwidoczniej jej też się coś w tym spokoju nie podobało.
- Nie, sam nie wiem.
-Nie wiesz? - Zdziwiła się. Słyszałem jak to bez sensu brzmi. Moje zmysły powinny wychwycić każdą potencjalną ofiarę w okolicy, a ja słyszałem tylko jej serce i własne niemiarowe bicie. Coś musiało się stać… Czułem to każdym nerwem mojego ciała.
-Ta wioska… ta wioska jest wymarła. Całkowicie. – Wymamrotałem cicho jakbym się bał, że jakiś niespokojny duch może mnie przypadkiem usłyszeć. Wsadziłem dwa palce w usta i zagwizdałem w nie porządnie z naiwną nadzieją, że Biały na komendę przybiegnie, ale jedyne, do mnie dobiegło to echo. Nagle coś mi mignęło w jednym z okien, jakiś czerwony alarmujący blask. To było dobicie czyichś oczu… Długo nie czekaliśmy a ktoś wyszedł z domku wolnym krokiem. Była to kobieta o długich prostych włosach z mocnym połyskiem miedzi. Na sobie miała zwiewna jasną sukienkę z długimi rękawami i założoną na nią skórzaną, brązową kamizelkę. Bardzo nie praktyczny strój jak stwierdziłem.
-Witaj Dhampirze. – Zagruchała zmysłowo, uśmiechając się do mnie kokieteryjnie. Patrzyła tylko na mnie tak jakby Risy w ogóle nie dostrzegała. – W końcu cię znaleźliśmy po tylu tygodniach szukania.
Risa zaczerpnęła głęboko powietrza prawie się przy tym krztusząc.
- Wampiry…- Wyszeptała przerażona do ostateczności. Czułem jak drży ze strachu.
-A no tak… wampiry, wampiry… kochana. - Odparła wampirzyca drwiąc z przerażenia Risy i podchodząc jeszcze odrobinę bliżej nas.
-, Czego od nas chcecie? – Spytałem zdrętwiałymi ustami, wpychając Risę za siebie by w razie, czego obronić ją przed atakiem. Wampirzyca zaśmiała się głośno rozbawiona moim gestem. Risa za mną pisnęła, bo właśnie w tej chwili trzech innych wampirzysk wyłoniło się z mroku, a jeden z nich chwycił ją i wyszarpnął mi ją z uścisku i przyciągnął do siebie. – Nie warz się jej tknać! - Wysyczałem do niego wściekły, a za razem zmartwiony własnym i jej położeniem, w jakim nagle się znaleźliśmy. Musiałem szybko myśleć!.
- Chcemy byś z nami poszedł.- Oznajmiła- I zrobisz to, albo po dobroci albo i nie... - Jej kpiarski uśmiech mnie przerażał, bo czułem, że nie wróżył nic dobrego...
- Zostawcie dziewczynę a z wami pójdę! – Odparłem starając się by mój głos brzmiał stanowczo i twardo, mimo tego, że byłem zdjęty strachem, widząc jak jeden z nich, najbardziej rosły i barczysty o włosach niczym platyna, wąchał właśnie jej skórę na szyi. Risa stała dzielnie odchylając w tył głowę by być jak najdalej od ust wampira. Przerażenie wypisało się jej na ślicznej buzi i z grymasem skrzywiła usta, kiedy ten polizał jej skórę. Mało myśląc, ruszyłem rozwścieczony w jego kierunku z chęcią skręcenia mu karku za to, co zrobił, ale wtedy złapali mnie dwoje pozostałych.
- Sebastianie… zostaw dziewczynę. – Przemówiła łagodnie wampirzyca, nadal rozbawiona całą tą mrożącą krew w żyłach sytuacją. Wampir, którego nazwała Sebastian a który trzymał Risę, ukłonił się nieznacznie i odsunął od dziewczyny. Risa zachwiała się i oparła o drzewo przerażona, ciężko przy tym dysząc. – Późnej się nią zajmiemy. – Dodała machając ręką od niechcenia.
Zauważyłem zadowolenie wypisane na twarzach mężczyzn i ciarki od tego przebiegły mi po kręgosłupie. Nad Risą zawisła groźba, miałem świadomość, że albo opróżnią ją z krwi i zabiją, albo… nawet nie chciałem o tym myśleć…
-Gdzie jest mój koń!? – Parsknąłem wściekle starając się wyrwać wampirom, ale nie dałem rady. Nie dostałem ostatnio żadnej krwi, ba od kilku godzin w ogóle nie jadłem mięsa, tylko kromkę czerstwego chleba by zatkać nią największy głód. A faktem było, że tylko te składniki mojej diety miały dla mnie wartości odżywcze, których potrzebowałem by regenerować siłę. Byłem, więc dziś słaby, za słaby…
-Mówisz o tym słodkim, białym koniku, który był przywiązany do drzewa o tam? – Spytała drwiąco wskazując palcem jakiś kierunek i ocierając przy tym dłonią kąciki ust, jakby właśnie zjadła coś smacznego. Zrobiło mi się niedobrze, słabo, zimno, gorąco na przemian, a potem gwałtowna furia ogarnęła każdy nerw i mięsień mojego ciała. Chciałem gryźć, kopać, rozdzierać na strzępy i łamać wszystko, po to tylko by pomścić wiernego przyjaciela.
Żałowałem, że nie miałem przy sobie teraz mojej białej broni, która została w ekwipunku przy…. Białym… Gdybym ją teraz miał, poodcinałbym im za to łby!
Z wściekłym rykiem szarpnąłem się z całej siły, teraz zdwojonej wściekłością i…. Jakimś cudem wyrwałem się tym dwóm bydlakom, po czym rzuciłem się na najbliżej stojącego. Zdołałem w furii nawet wbić mu kły w szyje. Zawył okropnie niczym rozwścieczony lew, starając się mnie oderwać od siebie, ale o dziwo nie potrafił!! Jego krew podziałała na mnie niczym jakiś dopalacz. Byłem silny jak nigdy przedtem.
- Oskar, NIE!! – Krzyknęła wampirzyca, ale było już za późno dla rudowłosego, jednym ruchem skręciłem mu kark odrywając przy okazji głowę od szyi i odrzuciłem resztę ciała w raz z nią na bok, niczym niechęcią gumową lalkę.
-Zżarliście go wstrętne pijawki! – Zawarczałem gardłowo. Byłem niczym w amoku, nic więcej w tej chwili nie mając w głowie i nie przejmując się konsekwencjami mojego zachowania.
Jak zapałkę trąciłem tego drugiego o czarnych jak kruki włosach, kiedy próbował mnie powstrzymać od rzucenia się na tę wiedźmę, ale szybko padł na ziemie groteskowo powykrzywiany i połamany.
– Ty draniu! – Wampirzyca była równie wściekła, co ja, ale widocznie bała się sama na mnie rzucić. – Sebastian dziewczyna!
Nie zdążyłem się obrócić, kiedy usłyszałem pisk przerażenia wydobywający się z gardła Risy, histeryczny, niski śmiech wampira i dziwaczny trzask łamania gałęzi, po którym rozległ się głuchy łoskot upadającego ciężko worka na kartofle. Dopiero po chwili wszystkie te fakty połączyły się w całość, i obraz i dźwięk. Risa leżała na ziemi w całkowitym bezruchu, z głową wykręcona pod dziwnym kątem i rozsypanymi wokół niej długimi, karmelowymi włosami a jej martwe oczy wpatrywały się tępo w przestrzeń nic niewidzącym wzrokiem. Za to ten szczerzący zęby platynowy blondyn stał nad nią i chichotał jakby dostał jakiejś głupawki, jakby zabijanie młodych dziewczyn sprawiało mu najwięcej frajdy w jego żałosnym istnieniu.
Nagle cała chęć walki ze mnie uleciała jak powietrze z nadmuchanego batonika. Z jękiem rozpaczy padłem przy pustej skorupce, która kiedyś była Risą a coś gorącego spłynęło mi po policzkach i kapnęło na jej blade czoło.
-Nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, Riso nie, błagam!- Mamrotałem niewyraźnie pod nosem przyciągając jej ciało do siebie. Starając się jakimś cudem przywrócić ją do życia, potrząsając, krzycząc na nią. Moja uwaga była skupiona tylko na niej, nic innego nie miało znaczenia… Ona musiała przecież żyć!! Zrezygnowałem z niej by żyła!
Poczułem na plecach czyjeś silne łapska i zanim się spostrzegłem, ktoś mną mocno szarpnął w górę zmuszając do wypuszczenia z objęć ciała Risy. To był Sebastian. Nie zareagowałem w jakikolwiek sposób tylko wpatrywałem się natarczywie w jej zgasłe oczy... Jakby to miało jej w czymś pomóc…
Zanim w ogóle zacząłem myśleć, pachołek wampirzycy związał mocno moje ręce i ramiona dziwnym sznurem, który obezwładniał i wysysał całą ze mnie energię.
Kiedy skończył, pchnął mnie brutalnie na ciało Risy na które upadłem bezwładnie, i rozchichotał się na dobre. Był szalony, musiał być… - Pomyślałem otępiale.
Ku mojej jeszcze większej rozpaczy, nie byłem w stanie nawet zwlec się z jej sponiewieranego ciała, które jeszcze przed chwilą było pełne życia. Nadal było takie ciepłe i miękkie… takie jak wtedy w małym domku obok sadzawki…
Zachciało mi się ryczeć i wyć przy tym w niebiosa! Wyzywać od starych głupców boga za to co zrobił z moim życiem! Jak w ogóle mógł dopuścić by takie istoty jak ja i te obok mnie w ogóle istniały?! By zabierały bezprawnie życie niewinnym! Ale jeśli… on sam nie istniał? Jeśli ten zadufany w swoim dziele bóg w ogóle nie istniał?! Kogo powinienem więc za to obwiniać?? Ten psychiczny ból mnie wykańczał!! Tak bardzo pragnąłem cierpieć fizycznie, chciałem by zadawano mi ból promieniami słońca, rozgrzanym prętem, by mnie cięto na kawałki…. Bym tylko nie myślał…. Ale one kłębiły się w tylko jedną natrętna i szarpiąca moje wnętrzności myśl… Oto i straciłem kolejną kobietę w swoim życiu tylko, że tym razem wyłącznie przez własną głupotę i to wraz z wiernym przyjacielem w postaci zwierzęcia. Dwie dotkliwe straty za jednym zamachem. Ciach….
Widziałem przez mgłę, jak wampirzyca podchodzi do ciała swojego towarzysza, którego nazwała Oskarem i głaszcze go po leżącej obok głowie coś do niego szepcząc bezgłośnie, potem podeszła do ciemnowłosego i ostrym, jednym szarpnięciem nastawiła mu kręgosłup. Ten zamrugał powiekami i wstał powoli chwiejąc się na nogach.
-O cholera! Ale był silny! – Wykrztusił nastawiając sobie resztę części ciała. Wyglądało to naprawdę groteskowo a trzaski przy tym mu towarzyszące były okropne. - Dobrze, że załatwiłeś tą małą jego sukę. Choć szkoda, że nie dostała nam się jej krew. - W odpowiedzi Sebastian zawarczał w uśmiechu i tak zadowolony z siebie samego.
- No. W końcu nasz pan będzie z nas zadowolony! – Odparła Wampirzyca tak samo zadowolona z przebiegu sytuacji, choć widać po niej było, że żałowała swojego towarzysza, teraz równie martwego, co Risa. – Co zrobimy z tymi trupami? – Wskazała ruchem głowy na dwa ciała leżące bez ruchu na trawie.
-Spalmy je wraz z tą całą wiochą duchów! – Podsunął Sebastian zapalając przy tym małą gałązkę by pokreślić w ten sposób swoją gotowość do działania. On był naprawdę szalony byłem tego pewny ten dziki błysk w jego oczach i sposób, w jaki się poruszał mi to mówił. Zadrżałem z bólu. – To pewnie sprawka jakiegoś dhampira, że cała wyginęła. Ty, może twoja? – Zwrócił się do mnie i zaśmiał się szyderczo, po czym zamierzył się i kopnął mnie w twarz. Syknąłem z bólu i skuliłem się w kłębek by ustrzec się przed kolejnym ciosem, ale ten już nie nadszedł. Wampirzyca za to pogroziła Sebastianowi palcem, ale również się roześmiała, więc cały gest stracił odpowiedni przekaz.
- A ty Johnny? Co o tym sądzisz? – Spytała zwracając się do tego o czarnych i kędzierzawych włosach. Ten jednak wzruszył tylko ramionami, nadal starając się całkowicie wyprostować. Z zadowoleniem pomyślałem, że, chociaż dość mocno go uszkodziłem
- No to postanowione! Do dzieła chłopaki moje!- Zawołała wesoło i klepnęła dłonią Sebastiana w pośladki.
***
Gabriel wynurzył się z za wysokiego budynku pomalowanego na biało o ciemnych brązowych belkach przecinających jego ściany na mniejsze trójkąty, stojącego niedaleko teatru Szekspira nad Tamizą, w którym właśnie odbywała się jakaś premiera nowej sztuki. Chyba nazwała się „Romeo i Julia”, czy jakoś tak? Plakat głosił coś o dwóch zwaśnionych rodach, które toczyły walkę i przez to przysporzyły się do tragedii swoich zakochanych w sobie dzieci. Więcej uwagi na plakat nie zwracał. Był nieco zamyślony i roztargniony często mu się to zdarzało w ciągu ostatnich kilku tygodni. Myślał o dawnych czasach jego człowieczeństwa i pamięć z tamtego okresu coraz bardziej mu się wyostrzała. Niedawana wytchnienia…. Chyba się starzeje, jeśli rozpamiętuję ten krótki okres mojego bycia. – Pomyślał rozżalony.
Skręcił za róg i przeszedł wąską uliczką pomiędzy dwoma ceglastymi budynkami, po czym skierował się w naprzeciw stojącemu budynkowi o wielkich, czarnych, smolistych wrotach. Nie przeszedł jednak przez nie, tylko ostro skręcił w prawo gidze widniały schody prowadzące do piwnicy.
Szybko po nich zszedł i zastukał trzy razy a potem dwa w dłuższych odstępach. Drzwi się otwarły i wszedł do środka gdzie po bokach na kamiennych ścianach paliły się jasnym płomieniem pochodnie. Skinął głową na człowieka pilnującego wejścia, naciągnął na głowę mocniej kaptur swej opończy i wolnym, jak na wampira, krokiem ruszył przed siebie. Normalny człowiek stukałby obcasami o gładka nawierzchnię posadzki korytarza, Gabriel jednak potrafił przemieszczać się prawie bezgłośnie, szeleszcząc tylko odrobinę powiewającą pod naporem wiatru opończą. Przeszedł bez problemu przez kolejne schody prowadzące jeszcze niżej do podziemi i przez drzwi, za którymi była dość duża komnata z okrągłym stołem pośrodku i krzesłami ustawionymi przy nim. To tu miało odbyć się zebranie władców poszczególnych dziewięciu regionów z całej Anglii, które odbywało się raz do roku. Gabriel był najwyraźniej przed czasem, bo jeszcze nikogo nie było na miejscu.
Czekał niecałe dziesięć minut a kolejne osiem milczących i zakapturzonych postaci zjawiło się na miejsce. Bez słowa zajęli swoje krzesła przy stole. Chwile siedzieli w milczeniu aż w końcu jeden zaklaskał dwa razy w dłonie a do środka wprowadzono dziewięcioro ludzkich istot. Ludzie chyba nie bardzo rozumieli, co tu robią, bo rozglądali się ciekawsko po pomieszczeniu nie okazując większego strachu.
- Drodzy przyjaciele, wybierzcie sobie po jednej maskotce. - Oznajmił zachrypłym głosem jeden z wampirów, najwyraźniej to on miał dziś grać rolę gospodarza. Reszta od razu zaczęła wskazywać palcami na poszczególnych więźniów i przyzywać ich do siebie. Gabriel zrobił to samo. Wybrał wysoką i szczupłą brunetkę o dużych piersiach i miłych oczach. W sam raz dla mnie. – Pomyślał oblizując przy tym wargi. Kogoś mu przypominała, ale było to tak ulotne, że nie mógł sobie przypomnieć, kogo.
- A więc – Zaczął główny gospodarz zebrania odpychając od siebie blondwłosego chłopaka, który osunął się na ziemie nieprzytomny z powodu utraty krwi a na jego szyi lśniła dość głęboka czerwona rana. – Mamy kilka spraw do omówienia. Pierwszą i najważniejszą jest fakt, że Istoty Księżyca zabijają coraz więcej osobników z naszego rodzaju, tym samym pozbawiając nas ogromnych ilości żerowisk. I to dotyczy już całej Anglii! Musimy z tym coś zrobić!
-Koniecznie – Odparł inny głaszcząc delikatnie swoja ofiarę po szyi, która wiła się przy nim niczym waż całkiem pozbawiona własnej woli.- W moim regionie jest dokładnie tak samo, to jakąś plaga!
Gabriel zmarszczył czoło w zadumie. Był zdziwiony, że jego region nie miał takich kłopotów a sporadyczne ataki zdążały się naprawdę rzadko i zazwyczaj ten śmiałek ginął z rąk jego podwładnych. Gabriela największym zmartwieniem było jak dotąd pozyskanie dhampirów, utrzymanie ładu i swojej pozycji w Czerwonym Dworze. Nadal zniknięcie Alexandra było niczym bolesna drzazga tkwiąca w jego oku… Nie rozumiał jak mogło do tego dojść! Zadygotał w napadzie wściekłości i spojrzał na dziewczynę siedząca obok krzesła z głową złożona na jego kolanach i zamarł w bezruchu. Dopiero wtedy doznał olśnienia!
Była podobna do Victorii!! Do jego dawno zmarłej żony! Miała te same pogodne oczy o barwie fiołków, te same włosy lekko kręcące się na skroniach. Nieco zadarty nosek jak u chochlika z piegami na nim i usta pięknie wykrojone. Gabriel zapatrzył się w dziewczynę urzeczony jej pięknem, przestając słuchać, co mówią jego pobratymcy. Nagle drgnął, kiedy usłyszał swoje imię.
- A ty Gabrielu? Dlaczego nic nie mówisz? - Zwrócił się do niego ten najbliżej siedzący noszący imię David. Gabriel zerknął na niego z ukosa.
- Bo nie mam takich problemów. – Odparł przenosząc wzrok z jednego na drugiego obserwując przy tym ich reakcje. Byli naprawdę zdziwieni.
-Jak to? - Spytał Baltazar władca najmniejszego regionu, który składał się ledwie z kilku marnych hrabstw.
- Normalnie, czasem zdarzają się napaści, ale jeszcze żaden z naszych od dłuższego czasu nie ucierpiał. Zdarza się, że zginie człowiek podczas pełni, ale to wszystko. Teraz jak o tym pomyślę, - dodał w zamyśleniu. – to raczej przez to, że jakieś sto lub dwieście lat temu przeprowadziliśmy czystkę na moich ziemiach i od tamtej pory praktycznie w naszym regionie wyginęli.
- Niezłe posunięcie. I my już dawno powinniśmy tak zrobić. Trzeba wyrwać chwast z korzeniami! By nie odrósł! – Zawołał Andrew.
- A co z twoim interesem? – Zwrócił się do niego władca najbardziej wpływowy i posiadający największa części całego wampirzego królestwa. Jego białe zęby zalśniły w uśmiechu nawet pod ciemnym kapturem. – Dawno, tak bardzo dawno nie miałem okazji cię odwiedzić w twych progach bracie.
- Nie najgorzej Dorianie, nie narzekam. Dziękuję. – Odparł uprzejmie, lecz nieco sztywno. – Daje niezły przychód dla mojego pałacu. Nasza społeczność to wprost uwielbia. - a po krótkim namyśle dodał - Zawsze jesteś Dorianie u mnie mile widziany, oczywiście. Wszyscy.
-Rozumiem. I dziękuję za zaproszenie. Na pewno skorzystam. - W jego uśmiechu kryła się jakaś źle skrywana groźba, ale Gabriel postanowił się nad tym nie zastanawiać już i tak miał za wiele na głowie.
Zebranie trwało dobrą godzinę lecz sam Gabriel więcej w tematach się nie udzielał. Słyszał jak jego towarzysze poruszają tematy ich nurtujące, ustalają nowe granice żerowisk i wymieniają się pogłoskami o łowcach kłów, których ostatnimi czasy wyrastało coraz więcej niczym grzybów po deszczu, ale jakoś to wszystko nie miało dla niego żadnego znaczenia. Przyglądał się z ciekawością tej małej piękności u swych stóp. Miał ochotę zwyczajnie ją porwać stąd w tej chwili, ale takie zachowanie nie uchodziło. W pewnym momencie już nie wytrzymał.
- Kupuje ją!– Wypalił a wszyscy zebrani (oprócz ludzi, którzy nie byli świadomi niczego) spojrzeli teraz na niego, przerywając prowadzoną wcześniej rozmowę. Przez chwilę zapadło głuche milczenie a potem rozległ się głośny wybuch śmiechu głównego gospodarza spotkania.
- Jasne, dam ci ją i za darmo! A niech mnie Gabrielu! Ale musisz wiedzieć jedno… Jest dość trudną kobietą, niby taka łagodna a ciężko się ją zniewala umysłowo! Zamierzałem ją dziś zwyczajnie wysączyć, ale jeśli chcesz, to bierz! – Odparł i mrugnął do niego porozumiewawczo jednym okiem, potem klasnął w dłonie i oznajmił. – No panowie to by było chyba na tyle. Do przyszłego roku i niech królowa będzie z wami!
- Niech królowa będzie z wami – Odparła reszta mechanicznie.
Ludzie zostali z komnaty natychmiast usunięci i tylko przy Gabrielu teraz siedziała młodą dziewczyną, tępo wpatrującą się w przestrzeń. Gabriel nie zamierzał jej w tej chwili uwalniać z okowów uroku jej byłego właściciela, ale postanowił to zrobić jak najszybciej, kiedy tylko dotrze z nią na swój dwór, z mocnym postanowieniem, że on jej tego nie zrobi. Sam nie wiedział, czego tak naprawdę od niej chce, ale było to w tej chwili silniejsze od niego. Czuł, że musi ją zdobyć jako mężczyzna, nie jako wampir manipulujący kim chce i kiedy tylko mu się żywnie podoba. Chciał ją zdobyć jak zdobywał Victorię!
Kiedy wstał od stołu w komnacie nie było już nikogo. Zostali tylko on i ona… Chwycił ją ostrożnie w pasie, czując jej przyjemnie pulsujące ciepło na dłoniach i ostrożnie przerzucił ją sobie przez ramię, nie chcąc zrobić swojej nowej maskotce krzywdy, po czym w szybkim wampirzym tempie opuścił wraz z nią komnatę.