Tresc Niedawne miejsce walki, pełne trupów i krwi, zostało ponownie obdarowane ludzkimi ciałami. Mimo przewagi liczebnej rycerzy rhodańskich powstańcy walczyli do końca, chociaż walka była nierówna. Ciężko opancerzeni, zbrojni w długie miecze, korbacze i osłaniający się tarczami dosłownie miażdżyli lekkozbrojnych rebeliantów.
Bivon nie wahał się ani chwili, zaatakował od tyłu nim sytuacja powstańców stała się beznadziejna. Dzięki zaskoczeniu i okrzykowi bojowemu udało mu się odciągnąć od reszty walczących część napastników. Chciał zyskać na czasie, toteż skutecznie odparowywał ciosy. Wkrótce przybiegł Teorf, z łukiem w ręku i słabo naciągniętą strzałą. Próbował, jednak ręka odmówiła mu posłuszeństwa. W końcu krzyknął z bólu tak głośno, że rycerze się przerazili. Udało mu się naciągnąć strzałę i natychmiast wypuścił ją z ręki jęcząc przy tym. Trafił zupełnie przypadkiem w nieosłoniętą głowę rycerza, stojącego najbliżej niego. Bivon mając jednego przeciwnika mniej zaczął walczyć agresywniej, zwinniej się poruszając, nie dając szans na odparowanie ataków wrogom. Gdy jeden padł z rozciętym brzuchem, złamał mu się miecz, stal nie wytrzymała.
- Łap!- krzyknął Teorf rzucając lewą ręką w jego stronę korbaczem. Bivon w porę odskoczył przed ciosem i chwycił śmiercionośną broń i z większym zapałem rzucił się w wir walki. W końcu, po chwili ciężkich zmagań padli wszyscy rycerze Rhodanu.
Żywych powstańców zostało zaledwie siedmiu z czego trzech bło rannych. Kropelki krwi spływały z ich twarzy razem z potem. Łapali oddech z trudem. Patrzyli na Bivona i Teorfa z grymasem na twarzy. Odziani byli w zielone ubrania, chociaż jeden wyróżniał się górskim strojem z charakterystycznymi kierpcami. Jeden z nich podszedł do podróżnika i przemówił do niego pewnym głosem.
- Dziękuję ci za pomoc, nieznajomy.- Bivon wbił miecz w ziemię i pokręcił głową. Rebeliant kontynuował.
- Zrobiłeś dzisiaj bardzo wiele, odciągnąłeś rycerzy od naszej grupy i sam z nimi walczyłeś, a teraz jeszcze to. Wieść o tobie dotrze do Wrethrona, zapewniam cię.
- Nie ma takiej potrzeby, abyście o mnie rozpowiadali, wystarcza mi wasza podzięka tutaj.- góral przyjrzał się pierw varnijczykowi, a potem Teorfowi i rzekł.
- Jam jest Ranald Górskie Serce.
- Bivon.- przedstawił się wojownik.
- A ja zwę się Teorf.- odpowiedział myśliwy. Obszedł trupy i przyglądał się teraz zabitym. Po chwili ciszy z lasu dobiegły ciche odgłosy. Później coraz głośniejsze. Powstańcy na moment zamarli, jednak gdy okazało się, że to ich ziomkowie natychmiast opuścili broń. Bivon stał na boku, przysłuchując się rozmawiającym. Rebelianci zaczęli obszukiwać zwłoki.
- Boję się, że wplatają nas w swoją politykę.- zauważył Teorf podchodząc do wojownika. Ten zmarszczył brwi.
- Wątpię, przysługuje nam prawo do nagrody, będziemy mogli odejść w spokoju.
- Nie wiesz co powstańcy robili z kupcami i ich strażą, kiedy tamci walczyli z najeźdźcami. Być może walczą o wolność, ale to w jaki sposób to robią...
- Nie przesadzaj. Są zdesperowani. Potrzebują ludzi, ostatnie kampanie mocno naciągnęły ich siły, a enornijska armia nie maleje. Dla nich liczy się każde starcie, każdy człowiek. Wykorzystują okazję do werbunku i wcale im się nie dziwię.- Teorf zamyślił się. Dla niego każde rozwiązanie nie pasowało do sytuacji, jednak sporo racji miał Bivon, który odszedł właśnie porozmawiać z powstańcami.
- I jak?- spytał jednego z nich.
- Z dwudziestu dwóch wysłanych ocalało tylko czterech...- odpowiedział tamten drżącym tonem.
- Trudno się dziwić, zostali zaskoczeni przez rhodańczyków.- tamten odsunął butem jednego z trupów i przyglądając się jego twarzy odrzekł ponuro.
- Jeszcze więcej takich zaskoczeń, a będziemy musieli uciekać w góry. Nie wiem skąd w królu taka żądza bogactwa. Mamy dużo skarbu w państwie, w centrum są bogate złoża soli, srebra, handel kwitnie.
- Dla królów warstwy niższe nie mają znaczenia.- odpowiedział Bivon.- Dla nich jesteście tylko robakami, tak jak mrówki. Macie pracować za gówniane pieniądze, a chętniej dla niego by było, gdybyście w ogóle nie zarabiali. Takie sukinsyny jak on nie mają pojęcia na temat wolności i tego, że mimo koloru skóry, czy grupy społecznej każdy z nas jest równy.
- I to chcemy mu udowodnić, ale im więcej nas ginie, tym bardziej tracę wiarę w to, że kiedykolwiek udowodnimy światu swoje racje.
- Jeżeli będziecie walczyć dalej, mimo wszystkich tych wydarzeń ich ofiara nie pójdzie na marne.- wtrącił do rozmowy przysłuchujący się dotychczas Teorf. Buntownik popatrzył na niego dziwnym spojrzeniem. Myśliwy patrzył na zmieszaną minę i dostrzegł w tym człowieku jakiś pierwiastek nadziei, wiedział, że ci ludzie nadal ją mają, w przeciwnym razie dawno zrezygnowali by z walki. Nieśmiało opuścił wzrok i mruknął coś niezrozumiałego.
- Trzeba pochować zmarłych!- zawołał przywódca nowo przybyłej grupy. Pozostali wpatrzyli się w niego.
- Eorginusie!- zawołał. Spomiędzy ludzi wyszedł średniego wzrostu mąż o krótkich, brązowych włosach i kanciastej twarzy. Ubrany był w znoszoną koszulę i skórzane spodnie. Miał rzemień spinający u dołu torbę zwiadowczą zwisającą po lewej stronie pasa. Przez ramię przerzucił wierzbowy krótki łuk oraz kołczan strzał.
- Tak?- spytał gdy już się stawił przed dowódcą.
- Pędź wzdłuż traktu i obserwuj przez go przez jakiś czas. Będziemy się cofać w kierunku tutejszej, leśnej bazy. Gdybyś coś zauważył natychmiast wracaj i melduj.
- Oczywiście.- odrzekł i pobiegł bokiem traktu. Bivon przez chwilę mu się przyglądał, a potem z powrotem zwrócił oczy w kierunku buntownika, który kontynuował.
- Zabierzcie od nich pieniądze jeśli mają. Weźcie nadającą się do walki broń, ale przede wszystkim weźmy pancerze. Carl i Ortan z pewnością zdołają kilka naprawić, a dla nas to bezpłatna ochrona.
- Bezpłatna...Jeżeli brakiem zapłaty nazwiesz osiemnastu zabitych za kilka kawałków żelaza...- odezwał się ktoś z powstańców. Przywódca już miał coś odpowiedzieć jednak na moment zamilkł i spuścił głowę w dół. Ukląkł na jedno kolano, a wraz z nim wszyscy inni buntownicy, oprócz Bivona. Teorf uklęknął idąc za poczynaniami tłumu, nie wiedział czemu, później domyślił się, że w ten sposób uczcili zmarłych. Po tej sytuacji powstańcy zabrali się za uprzątanie zwłok z niedawnego pola walki. Bivon również pomagał, nie był o nic wypytywany, a wszystkie sprawy załatwiał z buntownikami skinięciem głowy i ruchem oczu. Po kilku minutach pracy trupy były załadowane na skórzanych noszach, po dwa na każde. Jednemu z rannych też potrzbne były nosze, a dwaj inni ramienia do podparcia, podróżnik pomógł jednemu wstać i znaleźć pomocnika.
- Dziękuję za pomoc.- odezwał się w pewnym momencie przywódca stojący za varnijczykiem. Ten obrócił się.
- Dziękuję.- powtórzył tamten.
- Zrobiłem co do mnie należało.
- Nie, naraziłeś własne życie za innych, to chwalebne, nie patrząc na rodzaj tego starcia, naraziłeś najpiękniejszy dar dla kogoś, kogo zupełnie nie znałeś. Kim jesteś?
- Nazywam się Bivon.
- Mnie zwą Liyorkh'Norghil, lecz wielu nie może tego wymówić, a i akcent często jest mylony to dali mi przydomek Kamienia. Mów mi Kamień.
- W porządku, zapamiętam, jednak nie sądzę, że to na długo się zda.
- Dlaczego?
- Jestem od dawna samotnikiem.- Kamień chrząknął, a Bivon kontynuował.
- Co teraz będzie?
- Z czym?
- Z nami, ze mną i z myśliwym?
- A co ma być? Wdaliście się w walkę, co prawda nikt nie doniesie o waszej obecności i tego, którą stronę poparliście, ale jeżeli twój przyjaciel mieszka blisko będzie się musiał wynieść stąd. Zaczną go podejrzewać, dowiedzą się, że tu albo w okolicy miała miejsce bitwa. Co prawda zrobimy wszystko aby zatuszować ślady, ale...
- Rozumiem.- wtrącił Bivon.- Możemy więc odejść w pokoju?
- Tak sądzę, ale nie bez podzięki. Musimy wam coś ofiarować w zamian za pomoc.
- Dla mnie jedynym co możecie mi ofiarować jest puszczenie mnie wolno.- Kamień uważnie przyjrzał się varnijczykowi, mrugnął oczami i wyciągnął dłoń w stronę wojownika.
- W porządku. Jesteś dobrym człowiekiem. Niech szczęście ci sprzyja.
- I Tobie również.- uścisnął jego dłoń.- Bywaj!- pożegnał jeszcze kilku powstańców, do Ranalda, a później zatrzymał swój wzrok z powrotem na Norghilu i kiwnął głową do niego. Odszedł z Teorfem w las. Z oddali słyszał przez chwilę powstańców, a potem wszystko ucichło. Myśliwy też, który szedł ze wzrokiem wbitym w ziemię, zmartwiony. Tylko instynkt doprowadził go z powrotem do leśnej chatki i przywiązanego wierzchowca, który od dawna wyczekiwał swego pana ...