Tresc Na moje 10 urodziny ojciec zabrał mnie do parku rozrywki pod Columbia City. Stała tam jedna z największych kolejek górskich na świecie. Przejechałem się tylko raz. Było super. Prawdę mówiąc to chyba najpiękniejsze z moich na wpół zatartych dziecięcych wspomnień związanych z moim ojcem. On i ta kolejka. Kolejka pędząca po szynach z rampy wysokości dwustu metrów i nachyleniu 75 stopni i osiągając na samym dole prędkość sto siedemdziesiąt kilometrów na godzinę. To było genialne uczucie, upajało psychiczne, ale z każdą chwilą fizycznie czułem się, co raz gorzej. Później przez pół godziny rzygałem gdzieś pod płotem. Ja byłem zachwycony zabawą, ale mój żołądek i głowa wręcz przeciwnie.
Minęło 25 lat. Postarzałem się, zmieniłem sposób patrzenia na świat, ale zamiłowanie do ryzyka i silnych wrażeń pozostało. I tak oto wylądowałem w tym cholernie ciasnym cylindrze na hydraulicznej katapulcie. Coś świsnęło, gwizdnęło, ryknęło i zanim zdążyliśmy pisnąć i pomyśleć już lecieliśmy w powietrzu zmierzając gdzieś w nieznane.
Minęło 25 lat. Moją świadomość nadal kochała wyzwania, ale ciało nic się nie zmieniło. Czułem się jakbym miał się porzygać. Ale to, co przeżywaliśmy było ledwie preludium. Czujniki wysokościowe złapały pułap. Komputer coś tam zakomunikował, ale wszyscy byliśmy bardzo zajęci trzymaniem własnych treści żołądkowych na uwięzi i nie zrozumieliśmy, o co chodziło. I to był nasz pierwszy błąd. Nie zdążyliśmy się przygotować na to, co nastąpiło. Powietrze wypełnił okropny wizg, coś ryknęło i nagle cały cylinder zaczął wirować, trząść się szarpać bujać.
Zamknęliśmy oczy. A przynajmniej ja zamknąłem i zacząłem się modlić. Przeklinać. Błagałem by ta piekielna jazda wreszcie się zakończyła.
99 sekund. Niewiele ponad półtorej minuty. Ledwie chwila… Całe życie…Cała wieczność.
Nie wiem, które z nas pierwsze zaczęło krzyczeć. Po prostu niespodziewanie do ryku, jakie niósł się w przestworzach dołączył rozdrgany ludzki głos. Potem kolejny i kolejny. Po chwili wszyscy wrzeszczeliśmy jak opętani. Jak jakieś wrzaski barbarzyńców. Sen wariata.
Koszmar.
Wirowanie, bujanie i ryk.
„Puszką" znów szarpnęło. Coś gwizdnęło tak, że ogłuchliśmy na dobre kilka sekund i nagle poczuliśmy, że lecimy w dół.
- Stateczniki pionu – metaliczny głos komputera wypełnił pustkę, jaka powstała po tym nieznośnym ryku we wnętrzu pojazdu.
Coś zaskrzeczało gdzieś na zewnątrz. Jak zardzewiałe zawiasy. Po chwili cylindrem przestało bujać w przód i w tył. Wirując lecieliśmy wciąż w dół.
- Stateczniki poziomu – znów ten sam bezosobowy głos komputera.
Coś zatrzeszczało i maszyna zaczęła wyraźnie spowalniać wirowanie. Trwało to nieznośnie długo. Zacząłem liczyć. Ile zajmie nam osiągnięcie powierzchni? Czy spadochrony się otworzą?
Maszyna w końcu zaprzestała swojego szalonego tańca. Coś nią szarpnęło i do naszych uszu doszło dziwne pyknięcie. To właśnie otworzyły się gigantyczne spadochrony. Zaczęliśmy zwalniać. Zamknąłem oczy i starałem się jakoś dojść do siebie. To wszystko trwało nieznośnie długo.
Po bardzo długiej chwili znów nami szarpnęło. Komputer zaskrzeczał.
- 12978902746503... (i tak nieznośnie długo) , lądowanie zakończone.
***
- To już ostatnie.
Indianin postawił pudło na ziemi. Miał na imię Pascal i był chyba najwyższym człowiekiem, jakiego w życiu widziałem. Sam miałem trochę ponad metr osiemdziesiąt, a tu musiałem zadzierać głowę, aby mu zerknąć w podbródek. No i te bicepsy. Jakiś cholerny Pudzianowski.
- A więc tak wygląda koniec wszechświata - prychnęła Chinka rozglądając się dookoła. - Nic ciekawego.
Westchnąłem. Ano miała rację. Znajdowaliśmy się na jakimś skalistym pustkowiu. Wszędzie, jak okiem sięgnąć było jakoś dziwnie i cholernie płasko, jak na stole. Tylko gdzie nie gdzie jak kolumny sterczały pionowo gigantyczne skały. Ziemia miała kolor brunatno pomarańczowy a niebo błękitne. Gdzieś na wschodzie, bo to chyba był wschód wznosiły się szare szczyty.
- Wygląda jak by ktoś rozjechał walcem Wyżynę Kolorado - Brazylijczyk miał na imię Jonas. Siedział na piachu i gładził szmatką swoją katanę.
- Schowaj to - warknąłem. - Błyszczy się tak, że widać nas z pięćdziesięciu kilometrów.
Zmierzył mnie dziwnym ostrym spojrzeniem, ale spełnił polecenie.
- Aha - mruknąłem. - Nie siedź na ziemi, diabli wiedzą czy tu są węże i skorpiony. Jak cię coś dziabnie to dobiję, nie mam zamiaru wlec za sobą idioty.
Skoczył jak oparzony zerkając podejrzliwie na piasek i na własne spodnie.
Sei-ko zachichotała.
- Zamknij się busolo - warknął Brazylijczyk i zanim się zorientował gapił się w lufę pistoletu skałkowego. Zdążył tylko do połowy wyciągnąć swój miecz. Była szybka. Jak rewolwerowiec. No i z tej odległości nie miała prawa spudłować. Czułem, że mój autorytet jako dowódcy właśnie został mocno nadwyrężony. Wszedłem między nich płynnym obrotem. Łokciem podbiłem pistolet. Kolanem zablokowałem katanę. Skróciłem dystans do Jonasa. To on miał brzytwę i mógł się skaleczyć. Dostał w twarz z tradycyjnej i niezawodnej bańki. Sei-ko dostała pieta w krocze. Wiele osób myśli, że to działa tylko na facetów. Że baba nie poczuje. Eee. Poczuje. Cały myk polega na tym, aby walić w pachwinę, a nie centralnie jak u faceta. W pachwinach są węzły chłonne i nie osłonione tętnice. Jak tylko dobrze się trafi to nie ważne. Facet czy kobieta zwinie się w klęczki.
- Moi kochani - uśmiechnąłem się spoglądając na leżącą parę. - Zdaję się, że nie wyjaśniliśmy sobie do końca zasad współpracy. Właściwie są dwie. Pierwsza to żadnych kłótni. Druga nie być głupim. Nie świecimy żelastwem w oczy ze stu kilometrów. Nie sięgamy po broń na siebie i bez zagrożenia. Nie siadamy dupą na piasku na pustyni i wiele, wiele innych wynikających ze zdrowego rozsądku, szkoły przetrwania i dobrej, owocnej współpracy. Jeśli któreś z was palnie jakąś głupotę i przeżyje to przysięgam, że osobiście wykończę. Pascal...
- Szefie - mruknął Indianin. Zdaje się, że w jego oczach zyskałem jeden punkt za tą akcję. No może półtorej.
- Wyjaśnij kolegom, na czym polega praca w zespole, bo mnie cholera trafi. Ja muszę się wyrzygać. Po tej puszce mam całe wnętrzności poobijane.
Odszedłem na bok.
Dopiero, gdy byłem pewien, że mnie nie słyszą pozwoliłem sobie na krótką wiązankę i głuchy jęk. No świetnie. Ciekawe czy ktoś po prostu zrobił mi na złość, czy ci na górze byli aż tak głupi by dać mi troje indywidualistów niemogących na siebie patrzeć.
Znajdź.
Fajnie nic prostszego. Mogli mi jednak spróbować to jakoś ułatwić, a nie na samym starcie ciskać kłody pod nogi. Kiedyś spędziłem trzy miesiące w afrykańskiej dżungli szukając córki jednego angielskiego ministra. Miałem wrażenie, że to, co wtedy przeżyłem będzie pestką w porównaniu z tym, co mnie tu czeka. A przecież wtedy byłem sam. A tu miałem towarzyszy. A być może właśnie o to chodziło. W Afryce byłem zdany tylko na siebie. Piknik to, to nie był, ale dałem radę. Fakt nie raz siedziałem i ryczałem z głodu, beznadziei i bólu. Tylko idiota się nie boi. Tylko głupiec wierzy, że jest niepokonany. A ja wiedziałem wtedy, że jeśli coś spieprzę to zrobię to na własne życzenie i z własnej winy. I może dlatego było mi łatwiej. Nie musiałem być od nikogo zależny. W życiu nic nie odbywa się jak na amerykańskich filmach. Przyjaciele i pomocnicy to dobra rzecz, ale zawsze można być pewnym tylko samego siebie.
Kurwa.
Kopnąłem jakiś kamień i długo patrzyłem jak koziołkuje gdzieś na piasku. Nagle coś gwizdnęło. Poczułem drżenie. W ostatniej chwili mój mózg zdążył skojarzyć fakty. Rzuciłem się na ziemię i zakryłem uszy. Tuman kurzu zasłonił mi widok. To sonda wracała na Ziemię. Nieznośny pył pustyni wdzierał się dosłownie wszędzie. Odczekałem kilka chwil i podniosłem się z ziemi. Byłem pokryty kurzem gorzej niż 1000 letnia mumia. Podniosłem głowę i przetarłem oczy. Moja załoga siedziała na pakunkach za wielkim głazem i ryczała ze śmiechu.
- Szukałeś węży i skorpionów szefie – zachichotał Brazylijczyk.
Wyszczerzyłem się do nich jak głupi do sera.
- Busola – warknąłem. Oczy Się-ko zwęziły się niebezpiecznie, ale umiała się ugryźć w język. Szturchnęła tylko rżącego jak koń Mr. Kendo. – Odpalaj ten cholerny nadajnik, niech nas zabiorą z tej kupki pyłu…Kurwa, piach mi w dupę włazi.
***
- Żagle.
Co? Miałem wrażenie, że się całkiem przesłyszałem. Żagle? Na pustyni? Spojrzałem w kierunku wskazywanym przez Pascala. Nic nie widziałem. Sięgnąłem po lunetę. Z zewnątrz nie różniła się niczym od tych wykonywanych w czasach Kolumba. Wewnątrz miała 100 krotny zoom, podczerwień, noktowizor, czujnik ruchu, i kilkanaście innych bajerów. Więcej elektroniki niż jakakolwiek kamera video. Wszystkim operowało siedem pierścieni. A instrukcja była prostsza niż obsługa aparatu. Zgrałem urządzenia i gwizdnąłem. Na tle gór wznosił się niewielki stożek sunący z dużą prędkością w naszą stronę. Indianin musiał mieć sokoli wzrok, że wypatrzył coś z takiej odległości.
Podałem lunetę Jonasowi, który oddał ją po chwili dziewczynie. Ta szybko ściągnęła z ramienia skórzany futerał. Teraz wszyscy mieliśmy na sobie nasze wyposażenie. Spodnie z nieznanej skóry kończące się gdzieś nad kolanami. Wysokie sznurowane buty. Szarfy zamiast pasów. Ciemne koszule wiązane na piersiach. Kamizelki z dowiązywanymi rękawami, Płaszcze bez rękawów za to z wielkimi kapturami. Do tego miecze, a właściwie coś pomiędzy mieczami a rapierami. Lewaki, sztylety, pistolety strzałkowe, łuki, kusze i kupa niepotrzebnego żelastwa. Wyglądaliśmy jak aktorzy z nieudanego serialu o Robin Hoodzie, skrzyżowani z bohaterami filmów o Winetou. Bal przebierańców.
Sen szaleńca.
- Szybkie jest.
- W tym tempie będzie tu za godzinę…
Dziewczyna zaczęła skręcać ramiona łuku. Przez chwilę obserwowałem jej poczynania napawając się widokiem jej sprawnych ruchów i spokoju, z jakim to czyniła.
- 290 – powiedziałem.
Uśmiechnęła się pod nosem. Łucznik poznał łucznika. Znałem się na tym, ale do mistrza było mi jeszcze daleko i to zostało dane mi do zrozumienia.
- 235, przy delikatnym kącie odchył nie będzie większy niż trzy ćwierci cala.
Gwizdnąłem. To była dopiero sztuka. Jeśli potrafiła to wykonać w ten sposób to była chyba najlepszym łucznikiem w dziejach świata. Legendarny Robin książę Sherwood mógłby jej, co najwyżej buty lizać.
Znów spojrzałem przez lunetę. Tyma razem widziałem dokładniej. Coś o kształtach sporego jachtu i dwóch wygiętych na obie burty masztach, z których niczym skrzydła wielkiego ptaka spadały olbrzymie brunatne żagle.
Dziewczyna skończyła skręcać swoją zabawkę i zaczęła szukać strzały. Długo ją wybierała. W końcu naciągnęła cięciwę. Właściwie to jedną z pięciu.
- Za daleko – prychnął Mr. Kendo. Się-ko zmrużyła tylko oczy.
- Czy to rozsądne? – zapytałem.
- Suną jakieś sześćdziesiąt pięć na godzinę. W naszą stronę pustynia opada. Jeśli mają, choć w połowie tak dobre lunety jak było w port folio misji to już dawno nas zobaczyli. Może top nasz komitet powitalny. A może nie… Jeśli zabłądzili pora dać im do zrozumienia, że przebywanie w tych stronach może być niebezpieczne.
- Możesz wywołać konflikt…
- Na pokładzie jest czternaście osób. Będą martwi zanim dotrą na odległość swojej broni.
Zamknąłem oczy.
„Pustynia ciągnie się przez cały zachodni brzeg kontynentu. To dość dziki i nieprzewidywalny pogodowo obszar. Możecie również napotka pewne przeszkody. Oficjalnie Garna’gha, – bo tak ją nazywają uważana jest za przeklętą. Nieoficjalnie aż roi się tam od band różnych degeneratów. Uciekinierów i cholera wie, kogo. Wprawdzie wylądujecie na jej północnych krańcach, gdzie ryzyko spotkania z kimkolwiek jest znikome, ale niemniej musicie uważać. Zanim dotrą do was z Wirgiliusza minie kilka godzin…”
Fragment wykładu jakiegoś jajogłowego jakoś tak samoczynnie wypłynął mi z pamięci. Wahałem się długo. Po części dla tego, że nie chciałem wpakować nas w żadne kłopoty na początku. A po drugie, dlatego, że nie wierzyłem, że taki strzał jest możliwy.
- Przy uchu sternika. – Zażartowałem.
Się-ko zmrużyła swoje diabelnie śliczne zielone oczy i wypuściła strzałę.