Tresc Rozdział VIII
Wielka, betonowa dżungla przywitała mnie swoim chłodnym, szyderczym uśmiechem. Posępne, ciemne uliczki i ćpuny, które mogły robić za zjawy. Ich skóra była niemal przezroczysta. Oczy malowniczo naznaczone czernią patrzyły na mnie. Wygłodniale i dzikie. Takie jak lubię. Alistair popatrzył na gościa stojącego między nimi. Wyczuł w nim władzę. Tak, to on trzymał ich świętego Graala, ich wyrocznię. Mała strzykawka z czarnym płynem w środku dawała mu poczucie pełnej kontroli ich dusz. Zatrzymałem się niedaleko. Nie podchodziłem za blisko nich. Smakowałem ten demoniczny obraz upiornej degeneracji. Każdy łyk powietrza przepełniał płuca Alistair’a zgniłą atmosferą tego miasta. Żałosne, a zarazem dziwnie hipnotyzujące uczucie. Przyglądałem się jak nastolatka błagała swego boga o litość, o jednorazowe zbawienie. Bóg spojrzał na nią i zaśmiał się do czarnego jak smoła nieba. Był w swoim królestwie. Podniecało go jak ćpuny zgromadzone dookoła niego błagały go na kolanach o działkę. Czuł się jak szaman. Jednak ów „szaman” popełnił niewybaczalny błąd. Z boga dającego nadzieję zmienił się w okrutnika. Jego but wylądował na twarzy blondynki, która dotknęła jego kurtki i ze łzami w oczach błagała o litość. Alistair nie wytrzymał. Sprężynowiec ożył w moich rękach, a jego nieskazitelne ostrze chciało śpiewać z radości. Czas na ucztę. Alistair podszedł do dealera. Nóż trzymał w pogotowiu w kieszeni. Uklęknął przed nim i poprosił o działkę. Nigdy nie klękał przed nikim, ale wiedział, że teraz jest to konieczne, żeby efekt jego pracy był jeszcze piękniejszy. Szaman uśmiechnął się szyderczo i podniósł nogę, chcąc po raz kolejny zatopić buta w czyjejś twarzy. Reakcja Alistaira była błyskawiczna. Odepchnąłem nogę i prostując się wbiłem mu nóż zaraz nad miednicą. Usta zatkałem mu przedramieniem, krzyki nie były teraz potrzebne, chociaż ból w nich zawarty zawsze potęgował uczucie radości i spełnienia gdy światło duszy powoli gasło w oczach ofiar. Gdy już zajrzałem w jego oczy widziałem, że jeszcze ma wolę do życia. Głupiec! Z całej siły pociągnąłem nóż w górę. Nóż gdzieś upadł, a moja dłoń znalazła się między pulsującymi narządami. Ćpuny nawet nie drgnęły, tylko przyglądały się jak jakiś nieznajomy zabawia się z ich znienawidzonym bogiem. Zakrwawiony po łokcie Alistair odwrócił się do „dzieci” nieistniejącego już szamana. Wyjął strzykawki z jego kurtki i rzucił tym co już byli zjadani przez toczące ich choroby.
Teraz już wiedział jak czują się szamani. Śmiałem się w duchu, że tak nieznacząca rola, może dać tyle satysfakcji. Trzeba będzie jeszcze tego spróbować.
Następny dzień przywitał mnie chłodno i pachniał śmiercią. Czyli nic się nie zmieniło od momentu w którym wyjechałem. Biuro też było tak zapuszczone, jak wcześniej, ale wyczułem coś obcego. Jakiegoś intruza. Jak się okazało mój nos się nie mylił. Dostaliśmy nowego szefa wydziału i nową sekretarkę. Szef był największym służbistą jakiego widziałem. Zresztą był też niezaprzeczalnie workiem na sterydy. Wyglądał jakby szafie trzydrzwiowej dorobili głowę, ręce i nogi. Za to sekretarka była aniołem. Co prawda Alistair miał więcej wspólnego z tą drugą, piekielną stroną lecz ta istota napawała go uczuciami, jakich nie zaznał nigdy wcześniej. Gapiłem się na nią bezczelnie i nawet nie poczułem kiedy na moim policzku wylądowały krople śliny, pochodzące od nowego szefa, który darł się na mnie niemiłosiernie. Alistair zamknął oczy i wciągnął powietrze nosem. Zapach był przecudny, spośród smrodu tego miejsca, ona była jedynym kwiatem pośród szamba.
- I nie gap się na cycki tej sekretarki tylko mnie słuchaj dupku!!!
Akurat to Alistair usłyszał. Ręka zadrżała, lecz nie powędrowała w stronę jakiejkolwiek broni. To opanowanie graniczyło z cudem. Wiedział, że nie może zrobić krzywdy temu palantowi na Jej oczach. „ Co się ze mną dzieje” pomyślał. I nagle z ust, czerwonego jak burak, szefa wydobył się szept.
- Jak chcesz ją przelecieć to bardzo proszę. Pół wydziału musiało ją zerżnąć, żeby dostała tu pracę.
Alistair spojrzał się na nowego z rządzą mordu. Barty Smith siedzący niedaleko nich wiedział co to znaczy. Próbował się odsunąć. Nigdy nie wchodził Alistairowi w drogę. Ich kontakty były czysto zawodowe. Barty traktował Alistair’a jak kogoś z kim pracuje i okazywał mu szacunek jak. Owocowało to tym, że jako jeden z niewielu nigdy nie miał na pieńku z Alistair’em. Wręcz przeciwnie traktowałem go tak samo jak on mnie. To był jeden z niewielu ludzi, o których mogłem powiedzieć, że są normalni i mają właściwe podejście do życia.
Szef zauważył ruch Barty’ego.
- Czego się gapisz grubasie?
Alistair nie wytrzymał . Jego ręka wystrzeliła w stronę, niezwykle małego, przyrodzenia szefa zacisnęła się jak imadło. Nie było słychać krzyku tylko cichy jęk. Odwróciłem tego napasionego sterydami idiotę tak, żeby nikt nie mógł za bardzo przyglądać się temu co się dzieje.
- Zabiję Cię jeśli jeszcze raz powiesz coś takiego. Padłbyś trupem już teraz, gdyby nie pewne okoliczności. Zrozumiano?
Nowy kiwnął tylko głową. Uścisk zelżał. Spotkanie skończone. Alistair D. Vour znów wygrał. Uczucie przepełniało go, każdą jego komórkę ciała. Z kamienną twarzą wróciłem do biura i zacząłem przeglądać papiery. Morderca podobnie jak ja też zrobił sobie wolne. Żadnych morderstw, ani wskazówek. Naśladował mnie aż do przesady. W pewnej chwili poczułem jednak na sobie wzrok innej osoby. Wyjrzałem znad biurka i spostrzegłem, że Barty się na mnie parzy. Gdy nasze spojrzenia się spotkały podniósł na wysokość twarzy kartkę z napisem „dzięki”. Chwyciłem długopis i narysowałem tylko uśmiechniętą buźkę.
Znów dziwne uczucie. Coś czego nigdy nie było, coś miłego a zarazem tak przerażającego. Panika. Alistair panikował. Duszno! Świat zaczął obracać się z niesamowitą prędkością. Jedyne co zdołałem zrobić to wyjąć nóż i wbić go w dłoń. Ostrze przeszło na wylot. Panika odeszła i został tylko ból. Znajomy i piękny ból. Lecz gdzieś tam głęboko pod nim leżał dawno zapomniany gość, strach.