Tresc - Nie spałem od dani, w którym po przebudzeniu, że całe moje życie jest kłamstwem. To wszystko się teraz kończy. Ty jesteś końcem.
Spojrzałem na niego jeszcze raz. Wiedziałem, że w tej chwili nie ma już innego wyjścia. On musi umrzeć. Musi zapłacić za to, co się stało z marzeniami dziecka. Okradł je z tego, co było w nich piękne, pozostawił strach i kazał z nim żyć. W ten sposób dziecko wylądowało w świecie dorosłych, nieświadome niczego. Nieznające jeszcze strachu, który miał nadejść, nie wiedząc, że już zostało okłamane. Było pewne, że to tak musi być, że da radę. Teraz dziecko znowu jest dzieckiem, ale pozbawionym niewinności i wiary. To on to ukradł. Teraz przed dzieckiem stoi dorosły i się śmieje. Tylko to potrafi, albo tylko to mu pozostało.
Wszystko zaczęło się, kiedy skończyłem studia i poszedłem do pracy. Wtedy już nie byłe dzieckiem, ale jeszcze nie byłem dorosły. Wtedy to pewny siebie, mądry, bo miałem w ręku dyplom z wyróżnieniem, zacząłem pracować. Nigdy nie chciałem być eleganckim panem pod krawatem, ale mi to nie przeszkadzało. Lubiłem liczyć i rachować. Lubiłem wszystko i miałem wiele zdolności. Praktycznie wszystko czego się tknąłem potrafiłem zrobić. Dostałem pracę jako księgowy w dużej firmie. Tak mi się wtedy wydawało, bo nie była duża. Jednak była to moja pierwsza praca. Czułem się ważny.
Kiedy się obudziłem na dworze jeszcze było ciemno. Ciszę w mieszkaniu rozerwał budzik. Zegarek wskazywał dopiero piątą trzydzieści. Zaczynałem pracę zawsze o ósmej, ale z rana musiałem pobiegać. Budziłem się i jak zwykle myłem zęby, zakładałem dres i szedłem biegać. Tak żeby się obudzić. Moja narzeczona jeszcze spała. Wstawała dopiero o siódmej. Do tego czasu ja robiłem zakupy, wracałem z biegania i brałem prysznic. Zawsze kupowałem świeże pieczywo na śniadania. Tak robiłem co rano przez pięć dni w tygodniu, chyba od zawsze. Nawet w czasach zanim poznałem Natalię. Po śniadaniu odwożę ją do pracy i sam jadę do swojej. Miałem trzydzieści jeden lat i pracowałem już jako główny księgowy w niezależnej firmie finansowej obsługującej wiele przedsiębiorstw nieposiadających własnych działów finansowych. Kolejnym etapem dnia było odebranie Natalii z pracy. Jeździliśmy na obiady do restauracji. Później do kina, teatru, czy na kręgle. Dopiero później do domu. Weekendy spędzaliśmy nad jeziorem. Wynajmowaliśmy tam dom.
Jeżeli kogoś zastanawia czy mieliśmy przyjaciół to odpowiedź brzmi nie. Nie mieliśmy czasu, a raczej ja nie miałem. Natalia nie była osobą społeczną i nie potrzebowała tego. Ja każdą wolną chwilę poświęcałem mojej narzeczonej. Prawda była taka, że mając ją wydawało mi się, że nie potrzebuję nikogo więcej.
Jeżeli kogoś zastanawia, kiedy odkryłem, że wszystko w moim życiu jest kłamstwem i dlaczego chcę zabić tego gościa i kim on jest to właśnie do tego zmierzam. Tylko wszystko trzeba przedstawić po kolei. Najpierw chciałem pokazać jakie miałem życie do tego momentu. Zapomniałem dodać, że na mojej posadzie całkiem nieźle zarabiałem i nie musiałem się martwić o pieniądze. Starczałoby mi nawet na głupie zachcianki, gdybym miał na nie czas. Albo gdybym chciał mieć na nie czas. Ale chyba odbiegam od tematu.
Więc pewnego dnia, jak Zawsze z pracy pojechałem po Natalię i pojechaliśmy na obiad. Tego dnia do bardzo ekskluzywnej restauracji. Były to moje trzydzieste drugie urodziny. Zamówiliśmy naprawdę drogie i wymyślne dania. Deser później równie dobry. Wszystko, co dostawaliśmy na talerzu wyglądało raczej jak dzieło sztuki niż obiad, a jak smakowało. Nie da się tego opisać. Moja narzeczona skończyła jeść pierwsza i wyszła do toalety. Wtedy widziałem ją przedostatni raz. Siedziałem przez godzinę jak głupi gapiąc się na drzwi damskiej toalety. Pewnie cały czas się śliniłem prze te wyborne zapachy dochodzące z kuchni. Musiałem wyglądać jak jakiś zboczeniec, bogaty perwers obmyślający plan wejścia do damskiego kibla, żeby zobaczyć jak jakaś panna tam sika. W końcu nie wytrzymałem. Poprosiłem jedną z kelnerek, żeby sprawdziła czy z Natalią wszystko dobrze. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie jak okazało się, że tam nikogo nie ma. Ona wyparowała. Po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Oczywiście nie uwierzyłem kelnerce i sam to sprawdziłem. Chwilę w tej restauracji poświrowałem, ale w końcu zebrałem się w sobie, zapłaciłem rachunek i wyszedłem. Po drodze do domu kupiłem litr wódki. Mieszkanie bez niej było strasznie puste. Usiadłem na fotelu i wyciągnąłem flaszkę. Przechyliłem i wypiłem tyle, ile byłem w stanie za jednym razem, żeby nie puścić pawia na dywan. Piłem tak dopóki nie straciłem przytomności.
Rano wstałem na strasznym kacu. Było już po trzynastej. Nie poszedłem do roboty, ale miałem to gdzieś. To był ten moment. Usiadłem na łóżku. Zacząłem się zastanawiać, co ja mam w życiu. Zostałem sam. Kumpli olałem, Natalia odeszła. Rodzina, też nie trafiłem z nią za dobrze. Z nimi to nawet na zdjęciu się kiepsko wychodziło. Z resztą jedyne zdjęcie jakiem mam całej naszej trójki to takie, na którym mam pół roku. Niedługo później matka odeszła. Może też wyparowała, jak Natalia. Ojciec starał się jak mógł. Pracował całymi dniami, miał dwie prace. Nocami sprowadzał sobie panienki, albo pil do upadłego. Jak poszedłem na studia to on się rozpił i zapił. Jednak dobra rzecz, że prze to jego ciągłe pracowanie zaoszczędził wystarczająco pieniędzy, żebym spokojnie mógł studiować całe pięć lat. No i zostało coś jeszcze na strat w dorosłym życiu. Dzień mojej wyprowadzki na studia był ostatnim dniem kiedy go widziałem. Wyjechałem pod koniec września. W połowie grudnia byłem na jego pogrzebie. Tego roku zima była bardzo mroźna i wczesna. Zaczęła się na początku listopada. Ojca znaleźli gdzieś zamarzniętego przy śmietnikach. Ochlał się, oszczał i położył spać w plenerze przy minus piętnastu.
To wszystko wydaje się straszne, ale takie nie było. Przynajmniej nie dla mnie. Miałem wszystko czego potrzebowałem jako dziecko. Wcześnie skupiłem się na nauce. Dzieciństwa nie wspominam jako koszmaru, po prostu go nie wspominam.. Ale dosyć o rodzinie.
Siedziałem na łóżku i zastanawiałem się nad tym co mam w życiu. Jestem sam, całkowicie sam. Gdzieś po drodze porzuciłem swoje marzenia. Chciałem poświęcić się nauce, być badaczem. Jako naukowiec mógłbym wynaleźć lek na jakąś śmiertelną chorobę. Miałem wszelkie predyspozycje. Nawet dostałem się na biotechnologię, ale na moje nieszczęście dostałem się również na ekonomię. Ojciec mnie przekonał. To była chyba nasza jedyna prawdziwa rozmowa. Przynajmniej jedyna jaką pamiętam.
Puste życie jest nic nie warte. Nic nie ma sensu jeżeli nie masz z kim dzielić swojego śmiechu i łez.
Zadzwonił telefon. Odebrałem. Dzwonili z pracy. Pytali co się stało i kiedy będę. Ja tylko powiedziałem im, że ma ich w dupie i się rozłączyłem. Cisnąłem telefonem o ścianę i wtedy zauważyłem, że nie ma na niej zdjęć. Mieliśmy całą galerię wspólnych zdjęć na ścianie, Obszedłem cały dom, szukałem zdjęć, rzeczy należących do Natalii. Jakiegoś dowodu na to, że była w moim życiu. Wszystko zniknęło. Nawet ubrania. Wtedy zrozumiałem, że zostałem okłamany, a może nawet sam się okłamywałem.
Wyszedłem z domu. Potrzebowałem czegoś, co mi pomorze. Kręciłem się po ulicach. W jednym z ciemnych zaułków spotkałem handlarza prochów. Aż dziwne, że takich ludzi nie widzisz co dzień. Może i widzisz, ale nie chcesz ich widzieć i tak uciekają z naszej świadomości. Jednak kiedy jeden jest potrzebny to czai się za rogiem i na pewno go rozpoznasz. Kupiłem od niego jakieś tabletki. Powiedziałem, że chcę odlecieć, bardzo, ale nie chcę nic co musiałbym sobie wstrzykiwać.
Siedziałem cały tydzień w domu i rozmyślałem. Swoją wyobraźnię pobudzałem prochami. Tworzyłem listę ludzi, przez których moje życie stało się imitacją tego czym miało być. Z tego okresu pamiętam tylko, że była u mnie policja. Dobrze trafili. Akurat jednak faza mi prawie całkiem zeszła i nie zdążyłem zażyć kolejnej piguły zanim zapukali. Miałem szczęście, nie ma co.
To był ostatni raz kiedy widziałem Natalię. Zabrali mnie do kostnicy w celu identyfikacji jej zwłok. Była bardzo pobita. Nie mogli dotrzeć do rodziny, więc poprosili mnie. Jej nagie ciało leżało na zimnym, metalowym stole przykryte białym prześcieradłem. Miała bardzo opuchniętą twarz. Brakowało kilku zębów. Na skórze znajdowały się podrapania. Cała masa. Widziałem, że miała wyrwany pukiel włosów. Starali się to zakryć, ale nie wystarczająco. Pewnie mieli rozkaz, żeby to zakryć, a wykonawcą nie zależało. Wtedy zobaczyłem najstraszniejszą rzecz. Przez całą długość szyi miała szwy. Układały się w jeden równy ścieg starający się przytwierdzić głowę do ciała. Najgorsze w tej całej sytuacji było to, że myślałem wtedy tylko o jednym. Wrócić do domu i się ućpać. Tak też zrobiłem. Szybko dokonałem wszelkich formalności, nie zadawałem pytań. Nikt też nic nie opowiadał i nie wyjaśniał. Po prostu wróciłem do siebie i się ućpałem. Wtedy zobaczyłem swoją listę. Patrzyłem na nią i słyszałem w sobie jakiś głos. Mówił mi on, że ci ludzie zabrali mi niewinność, starli się zabić dziecko, które we mnie było. Nie udało im się, ale je zakneblowali na długie lata. Teraz ono się obudziło i było pełne nienawiści. Pałało żądzą zemsty. Poddałem się mu. Kazało mi iść i zabić wszystkich z listy. Uznałem to za dobry pomysł. Każda myśl była dobrym pomysłem. Teraz widziałem w sobie geniusza, tydzień na prochach bez spania i naprawdę dotarłem do sedna i zrozumiałem jak wszystko naprawdę wygląda. Moje wewnętrzne ja, małe dziecko, nakazało mi zabić wszystkich którzy są winni. Winni za to, że teraz tak wygląda moje życie. Wyrok zapadł, a kat przygotowywał się do egzekucji.
Na szczycie mojej listy był profesor. Jeden z moich wykładowców. Najważniejszy człowiek z okresu moich studiów. To on mnie przekonał, że w życiu liczy się tylko kasa. Nakazał porzucić marzenia i zarabiać. A ja mu uwierzyłem.
Lista nie była długa. Miała tylko pięć osób. Numer dwa wyręczył mnie sam. Był to ojciec. Kolejne dwie osoby to szefowie firm, w których pracowałem. No i ostatni numer pięć.
Wybrałem się na uniwersytet. Sprawdziłem w jakiej Sali zajęcia ma mój profesorek. Dokonałem tam czegoś niesamowitego. Pewnie długo będę przez to legendą uniwerku. Wszedłem przez frontowe drzwi budynku z plecakiem podróżnym. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Doskonale pamiętałem rozkład budynku chociaż minęło tyle lat. Przed aulą zdjąłem plecak i wyjąłem z niego małą siekierkę. Następnie wszedłem do środka. Studenci pisali egzamin, kilka osób nawet podniosło wzrok. Ja bez zastanawiania się szedłem szybkim krokiem w stronę biurka. Słyszałem ciche szepty, ale nie zwracałem na nie uwagi. Podniosłem siekierkę i wbiłem ją w sam środek głowy profesora w chwili kiedy odwracał się do mnie. Nie pozwoliłem mu nic powiedzieć. Nikt na auli się nie odezwał. Nikt nawet się nie poruszył. Ja się odwróciłem i szybko wyszedłem. Słyszałem tylko za sobą jak martwe cało opadło z hukiem na biurko. Kiedy usłyszałem głosy ochrony nawołującej mnie i grożącej było za późno dla nich. Siedziałem w samochodzie i ruszałem.
Teraz skierowałem się do siedziby pierwszej firmy w jakiej pracowałem. Kiedyś wydawała mi się ogromna, dziś uważam ją za przeciętną. Siedziałem w samochodzie. Akurat dochodziła pora obiadowa. Wiedziałem, że moja ofiara wyjdzie. Zawsze wychodził na „lunch”. On sam tak mówił na obiad. Chciał się pokazać jako światowiec, chociaż nigdy nigdzie nie był.
Zobaczyłem jak dumnie kroczy prze parking w kierunku swojego wozu. Wyjąłem z plecaka mały nożyk do owoców. Wyczekałem chwili kiedy wsiądzie. Wtedy ruszyłem i zajechałem mu drogę. Podbiegłem do niego i wbiłem mu ten nożyk w gardło. Nie poprawiałem, jeden raz wystarczył. Jedynie przekręciłem trzonek. W ten sposób ostrze wywierciło mu dziurę w krtani. Nie czekałem, aż umrze. Wsiadłem do samochodu i odjechałem. W myślach widziałem jeszcze jak trzyma się za gardło, a z każdą próbą złapania oddechu dławi się własną krwią. W oddali usłyszałem jedynie przeciągły dźwięk klaksonu świadczący o tym, że już padł.
W siedzibie drugiej firmy miałem dwa cele. Jeden to zdobyć bron. Drugi to zabić prezesa. Broń miał ochroniarz siedzący w szoferce przy wejściu. Przeszedłem obok niego i skierowałem się w mały korytarzyk, w którym znajdowały się windy. Wszedłem do jednej z nich. Z kieszeni wyjąłem linkę z dwoma ołówkami przywiązanymi do końców. Nacisnąłem na przycisk alarmowy i czekałem, aż ochroniarz nadejdzie z pomocą.
Przybył, tak jak się spodziewałem. Wytłumaczyłem się, że omyłkowo nacisnąłem przycisk i przeprosiłem. Odwrócił się i wtedy zacisnąłem pętlę na jego szyi. Oczy wyszły mu na wierzch. Próbował chwycić bron, ale ciało powoli odmawiało mu posłuszeństwa. W końcu zgasł jak świeca na wietrze. Zabrałem broń i kajdanki. Ciało zaciągnąłem do szoferki i położyłem za zamkniętymi drzwiami. Początkowo nie planowałem zabierać kajdanek, ale na ich widok przyszedł mi do głowy o wiele lepszy pomysł niż zwykłe zastrzelenie mojej głównej ofiary w tym miejscu.
Teraz swoje kroki skierowałem do gabinetu prezesa. Jak tylko wszedłem do pomieszczenia sekretarki ta powiadomiła mnie, że pan prezes jest zajęty. Bez namysłu wyjąłem broń i przyłożyłem jej do czoła. Nacisnąłem spust. Jej mózg znalazł się na ścianie i wolno po niej spływał. Prezes nawet nie zareagował. Zarówno jego gabinet jak i jaj pomieszczenie były dźwiękoszczelne.
Teraz nadeszła kulminacja mojej wizyty. Otworzyłem drzwi od gabinetu i wycelowałem lufę w jego kierunku. Nie wypowiedział nawet słowa. Za to ja rzuciłem w jego kierunku kajdanki. Rozkazałem mu się przypiąć do kaloryfera. Zrobił to chociaż starał się mnie przekupić. Tylko mnie rozśmieszył. Kopnąłem go mocno w twarz i kazałem mu się zamknąć. Kiedy już siedział przypięty potłukłem jeden z oszklonych dyplomów wiszących na ścianie. Podniosłem kawałek szkła i rozciąłem mu żyły. U rąk i nóg, tak dla pewności. Odwróciłem się i wyszedłem.
Wróciłem do domu. Został jeszcze tylko numer piąty na mojej liście. Najłatwiej będzie go znaleźć, najtrudniej zabić pomyślałem, a dziecko we mnie mi przytaknęło. Wiedziałem, że ja nie zdołam tego zrobić. Będzie musiała to zrobić moja dziecięca strona. Trzymając w ręku broń wszedłem do łazienki. Położyłem ją na szafce i przemyłem twarz zimną wodą. Podniosłem wzrok i zobaczyłem jak się śmieje. Śmiał mi się prosto w twarz. Chwyciłem broń, a raczej nie ja, zrobiło to dziecko. Przystawiło ją do mojej głowy. Broń pojawiła się również w lustrze przy głowie mojego odbicia. Jednak mnie już tam nie było. Była tylko moja dziecięca strona stojąca w łazience i dorosła w lustrze. Dziecko we mnie zaczęło mówić, czułem ruch ust. Ale w postać w lustrze tylko się śmiała.
- Nie spałem od dani, w którym po przebudzeniu, że całe moje życie jest kłamstwem. To wszystko się teraz kończy. Ty jesteś końcem.
Dziecko nacisnęło spust i głowa dorosłego rozpadła się na kawałki. A ja? Ja już chyba dawno nie żyłem. Teraz już na pewno nie żyję.
Dziękuję za zainteresowanie. Proszę o oceny i komentarze. Zapraszam do zapoznania się z moimi innymi opowiadaniami.
Pozdrawiam