Tresc Siedziała i patrzyła w świdrujące spojrzenie pani doktor. Była ona koło czterdziestki, ale wyglądała na mniej. Doktor Watts miała na sobie turkusowy kostium, który podkreślał jej jasne oczy. Na twarzy malował się spokój i skopienie, na jej osobie. W ręce trzymała jakiś notes i okulary, którymi uderzała sobie o kolano.
Od piętnastu minut, Marien tkwiła w takim objęciu spojrzeń. Kiedy zgodziła się na wizytę u psychologa, nie miała jakoś ku temu zastrzeżeń. Jednak teraz nie miała najmniejszej ochoty się nikomu zwierzać, a tym bardziej obcej kobiecie.
- No dobrze, Marien – w końcu ruszyła się. Chwyciła długopis, który leżał przed nią na niskim stoliku, a potem założyła okulary na nos – Miałam nadzieję, że sama zaczniesz mi opowiadać o tym, co cię gnębi, ale wiedzę, że muszę cię do tego najpierw zachęcić.
- Chyba tak – Marien bąknęła pod nosem i popatrzyła tempo na stolik. Była sceptycznie nastawiona do tej kobiety. Nawet nie wiedziała dlaczego. Sprawiała całkiem dobre wrażenie. Nie miała pojęcia od czego ma zacząć. Sama zastanawiała się, co tak naprawdę ją gnębi. A było sporo tych rzeczy.
- Dobra, ja mam na imię Jannet – dziewczyna popatrzyła na nią uważnie bystrymi oczami. Nie miała pojęcie do czego ta psycholog zmierza – Mam czterdzieści lat. Mam męża i córkę trochę młodszą od ciebie – te słowa jeszcze bardziej ją zastanowiły – Lubie jeździć konno, ale nie mam na to czasu, bo jestem strasznie zapracowana.
- Aha – nie była zbyt rozmowna. Jakoś nie mogła zacząć. Bała się chyba czegoś.
- Słuchaj, ja nie zrobię ci krzywdy – doktor Watts oparła łokcie o kolana i spojrzała na Marien – Chodzi o to, że chce ci pomóc. Ale żeby do tego doszło, musisz się przełamać. Ja wiem, że na początku to może być trudne, ale będzie ci łatwiej. Ja chce ci doradzić. A problemy ma wiele osób. Jestem tutaj po to, by pomagać właśnie takim osobom.
- To jak mam na imię, to już pani wie – odezwała się w końcu podkulając nogi pod siebie. Siedziało jej się bardzo wygodnie na białym, skórzanym fotelu. Wcześniej miała wrażenie, że zaraz na nim odpłynie. Była zmęczona. Kolejna nie przespana noc. Kolejne koszmary z płonącym domem. Nie miała pojęcia, dlaczego tak się działo. Trzymała coś w swojej podświadomości i nie mogła tego wydostać. Może gdzieś chowały się w niej jakieś lęki – Mam dziewiętnaście lat i jestem w ostatniej klasie. Interesuję się dziennikarstwem. W szkole jestem redaktor naczelną gazetki szkolnej. A tak lubię jeszcze książki Williama Szekspira.
- Świetnie. To wiem już coś więcej o tobie – zapisała sobie kilka rzeczy na kartce, a potem zdjęła okulary i odłożyła je na stolik. Wstała z fotela i podeszła do biurka – Na dzisiaj skończymy – Marien zdziwiła się lekko, że tak szybko zakończyły pierwszy seans. Popatrzyła na doktor Watts z ciekawością – Chce cię prosić, o to byś zastanowiła się nad tym, co jest dla ciebie najważniejsze w życiu. Powiesz mi coś o swoich przyjaciołach. Ok? - spojrzała na nią pytająco.
- Dobrze – chwyciła jensową kurtkę i torebkę, a potem wyszła z gabinetu. Stwierdziła, że ta kobieta ją zaintrygowała. Wydała jej się nawet dość miła i przyjaźnie nastawiona do niej. Nie zadawała od razu niewygodnych pytań. Marien byłą pewna, że będzie pytań ją stopniowo. I dobrze. Tak miało być.
Kim jestem? Spotkanie z panią Watts zaczęło mnie zastanawiać, czy potrafię w ogóle coś powiedzieć o tym jaka jestem. Nie zastanawiałam się nad tym. I muszę stwierdzić, że ciężko jest cokolwiek powiedzieć na temat własnego ja. Ale dojdę co tego. W końcu chce wiedzieć o sobie jak najwięcej. Ciężko jest żyć nie znając samej siebie. Powiedziałabym, że nawet tak nie idzie żyć.
Spotkałam ostatnio Bena. Jak zwykle próbował mnie przeprosić. Ale co mi po jego przeprosinach? Powinien myśleć głową a nie czymś innym. On zbyt wiele razy mnie zranił. Jak mam mu wybaczyć? Możliwe, że w głębi mojego serca gdzieś mu tam wybaczyłam. Kiedyś był młody i głupi. Chciał się popisać przede mną, ale nie musiał robić tego w ten sposób. A teraz był pod wpływem alkoholu. Najlepsze jest to, że czasem czuję siłę przyciągania do Bena. Możliwe, że to dlatego, że ja lubię niegrzecznych chłopców. Tak, taka jest prawda. Co powiecie o Loganie? Może teraz się zmienił, ale przedtem? A Peter? Dalej kombinuje ze mną i kopiuje pliki z komputera policji. Kiedyś przyjaźniłam się przecież z Martinem. On to dopiero był niegrzeczny. No i Ben we własnej osobie. Chodzący egoizm. Podoba mi się to określenie.
- Marien – lubię sobie czasem poleżeć na łóżku w samotności i pomyśleć, ale ciągle mi ktoś przeszkadza. Nawet Daisy się poruszyła. Leżała na moich kolanach i słodko mruczała, ale musiałam ją przełożyć na poduszkę, by sprawdzić dlaczego mama mnie woła. Poszłam do pokoju gościnnego, gdzie stał Peter. Uśmiechał się do mnie.
- Cześć – ja również się uśmiechnęłam. Michael dziwnie na nas popatrzył. Pewnie się domyślał, że ciągle pracujemy nas sprawą napadów. A co myślał? Że może zrezygnuję? Ja się nie poddaję tak łatwo. Muszę dać zawsze z siebie wszystko. Jak coś zacznę, muszę skończyć – Pójdziemy do mnie – skinęłam głową i poszliśmy do mojego pokoju. Dokładnie zamknęłam drzwi za nim, by mieć pewność, że mój ojczym nie będzie czegoś kombinował. Lepiej niech dokończy karmić Jacka.
- Mam dla ciebie informacje o Ashley Stemps, monitoring z miejsca napadu i takie tam. Zaznania – położył płytę na biurku, a potem kichnął siadając na krześle przy komputerze – Trzeba wszystko – kichnął znowu. Popatrzyłam na niego dziwnie wyjmując moją tablicę zza szafy – Przejrzeć – i jeszcze raz – Masz może chusteczki, chyba się przeziębiłem.
- Trzymaj – poszłam do łazienki i podałam mu paczkę – Coś nowego wniósł ten ostatni napad? - byłam ciekawa. Ale miałam co do tego wątpliwości.
- Raczej nie – znowu kichnął. Co się dzieje? Przeziębił się? Ale w szkole wyglądał dobrze. Nie wiem dlaczego teraz nagle ma katar i to z takim natężeniem. Patrzyłam na niego lekko zdziwiona. Na dworze jest ciepło, nie ma nawet powodu, by miał się przeziębić – Czuję się jakbym był u Penny – nagle o niej wspomniał. Mówił przez nos, a potem wyczyścił go – Tylko, że ona ma – przerwał, bo coś go zaskoczyło. Patrzył na kanapę z wielkimi oczami – Ona ma kota. Co to zwierzę robi u ciebie? - zapytał mnie wskazując palcem Daisy, która przeciągnęła się lekko, a potem ponownie zwinęła się w kłębek.
- Dostałam ją niedawno – wzruszyłam ramionami, a potem zaczęłam analizować moją tablice. Dopisałam kilka rzeczy związanych z napadem na Ashley.
- Nie mówiłaś mi – Peter dalej kontynuował temat mojej kotki.
- Nie myślałam, że tak to cię zainteresuje – mówiłam obojętnie, no bo jakie to miało znaczenie. Chyba, że znowu jest zazdrosny o Logana, z którym ja teraz nie mam praktycznie kontaktu. On mnie unika jak ognia. Sama jestem sobie winna i teraz mi głupio. Potraktowałam, go jak zabawkę. Jestem okrutna i tyle. Sama sobie sprawiam ból.
- Szkoda, ja mam alergię na kocią sierść – przyznał się w końcu. Ja zostawiłam na moment tablicę ze śledztwem i zerknęłam na niego. Siedział przy biurku i czyścił nos.
- Nie wiedziałam – odparłam. Był to dosyć ciekawy fakt, bo kiedy byliśmy razem, nic mi na ten temat nie wspomniał. No w sumie, wtedy nie miało to znaczenia, nie miałam nigdy wcześniej kota. A teraz leżał sobie na kanapie i nie miał zielonego pojęcia, że jest powodem nagłego ataku kataru mojego przyjaciela.
- Wiem, nie mówiłem – popatrzył na ekran. Skopiował jakieś pliki, a potem nagle wstał – Będę już wychodził. Umówiłem się z Penny. Do jutra – szybko się zmył. Pewnie przez Daisy.
- Do jutra – pomachałam mu ręką, a potem ponownie zajęłam się moją tablicą.
Tak więc kolejny napad nie przyniósł nam żadnej informacji dodatkowej. Nic się nie zmieniło. Trwam w martwym punkcie i nie wiem jak mam ruszyć dalej. Gdyby tylko Tibby potrafiła rozpoznać napastnika po głosie? Ale niby jak ma to zrobić. Nie podejdzie on nagle do niej i nie zacznie szeptać jej do ucha jej imienia. To by było głupie z jego strony. Przestępcy popełniają błędy, ale nie tego typu. To zbyt banalne.
Mogłam jedynie myśleć i czekać, aż powinie mu się noga. Pytanie brzmiało: Jak długo?