Tresc Dziadek mieszkał samotnie w skromnym domku na małym podmiejskim osiedlu. Nie miał przyjaciół. Wszyscy których znał obrócili się w proch. Pamiętał wszystkie pogrzeby. Przed oczami miał trumny ze znajdującymi się wewnątrz szczątkami. Michał zabity przez pociąg, Zygmunt którego wykończyła choroba nowotworowa, Staszek umarł na zawał, Janka wykończyły papierosy. Ania śmiertelnie potrącona przez samochód aż wreszcie Zofia. Jego pierwsza i jedyna miłość Zofia. Przed pogrzebem wyczekiwał całymi godzinami klęcząc przed trumną, jakby w nadziei że powstanie z grobu. Wszyscy uważali go za wariata. Ot staruch ślęczy przez cały ranek przy zmarłym i uważa że odda mu ostatnią przysługę. On jednak wspominał. Wspominał piękne chwile spędzone razem z rodziną i przyjaciółmi. Wspominał pierwsze i ostatnie spotkania. Wspominał kłótnie i rozejmy. Wycieczki oraz spacery po rodzinnym miasteczku. Wspominał swoich rodziców którzy zanikali już w zakamarkach pamięci. Ich twarze stawały się coraz bardziej rozmazane. Podczas pogrzebu Zygmunta uświadomił sobie że został sam. Zupełnie sam. Sam w wielkim domu. Już nie usłyszy serdecznego śmiechu Staszka. Nie poczuje swądu papierosów Janka ani słodkich perfum Zofii.
Pierwsza umarła Ania. Chwila nieuwagi i człowiek umiera. Sprawca uciekł. Prawdopodobnie był pijany. Pamiętał pierwsze spotkanie zaraz po jej przeprowadzce. Miała wtedy dziesięć albo dwanaście lat. Pamięć szwankuje. Michał też nie dożył starości. Po śmierci Ani załamał się i nie cały rok po pogrzebie rzucił się pod pociąg. Staszek upadł na zawał w urodziny swojej pierwszej wnuczki. Janek niecałe pięć lat później zapadł na zdrowiu. Wykryto u niego raka płuc. Ostatnie dni życia spędził w szpitalu. Tydzień przed śmiercią wyjawił swoim przyjaciołom w tajemnicy że nie spogląda już w stronę okien. Twierdził że widzi tam śmierć. Czuł że umiera. Jego przyjaciele też to czuli. Umarł w nocy. Nie miał rodziny toteż reszta zadbała o jego pogrzeb. Jeszcze przed samą śmiercią przekazał wszystko co miał dla przyjaciół. Zostawił sobie trochę pieniędzy na garnitur, który miał być kupiony po śmierci i opłacił zakład pogrzebowy. Ostatnia umarła Zofia. Dziadek nie dopuszczał do siebie wspomnień jej śmierci
Zygmunt umierał przez długie dni. Wtedy Dziadek przychodził do niego niemal dzień w dzień. Starał się omijać rodzinę chorego która był nieprzychylna wobec staruszka. Jako przyjaciel czuł obowiązek podtrzymywania na duchu leżącego w szpitalu Zygmunta
- Wyjdziesz z tego – powtarzał – Tylko nie będziemy mogli sobie popijać jak dawniej…
Jak dawniej? Czyli kiedy? Znali się od małego, wychowani niemal w sąsiedztwie. Po jakimś czasie Zygmunt wyszedł za mąż za Hankę. Dziadek śmiał się i powtarzał że miłość i ustatkowanie nie jest dla niego. Zmienił zdanie gdy poznał Zofię. Urocza dziewczyna z dobrego domu. Rozumieli się bez słów. Kochana Zosia zmieniła się w panią i przed dwoma latami wyzionęła ducha. Jedynie Zygmunt przyszedł do Dziadka tego dnia gdy zabrało ją pogotowie. Spędził z nim całą noc. Początkowo siedzieli w domu a z czasem pojechali do szpitala. Nad ranem było po wszystkim. Pięć dni później Dziadek zobaczył jej ciało po raz ostatni. Po raz ostatni też zobaczył własną córkę. Nie mógł ustać na nogach. Łzy kapały z jego oczu. Wspominał. Wszystkie te piękne chwile. Zygmunt był przy nim. Położył mu rękę na ramieniu w wyrazie bezgłośnego współczucia. Teraz nie miał go kto podeprzeć. Nie było nikogo kto by zrozumiał co właśnie przeżywa stary człowiek.
- Przepraszam. – zwróciła się do niego pewna młoda kobieta zapewne wnuczka Zygmunta. To zabawne że nigdy nie poznałem w pełni rodziny najbliższego przyjaciela. – Myślę że na pana już czas. Cała rodzina chciałaby się pożegnać z dziadkiem w samotności - ktoś wziął go pod rękę i wyprowadził z domu. Przy wyjściu potknął się i pewnikiem runąłby po schodach gdyby nie ręka pewnego chłopaka.
- Proszę uważać.
- Dziękuje – wymamrotał cicho Dziadek i stanął za schodami w oczekiwaniu na wywiezienie trumny.
Niewiarygodne. Wyrzucono go z domu własnego przyjaciela. Widocznie po jego śmierci rodzina nie miała już najmniejszych oporów wobec okazywania uczuć Dziadkowi. Zygmunt często zatrzymywał się u niego przez ostatnie dwa lata. Wcześniej rodzina znosiła te wybryki a dziś w dniu pogrzebu właśnie pokazali co myślą o biednym starcu. Po niecałej godzinie oczekiwania w drzwiach pojawiło się dwóch rosłych mężczyzn z zakładu pogrzebowego. Między sobą na wysokości barku nieśli trumnę. Ręce staruszka zatrzęsły się.
- I udało ci się. Przeżyłeś nas wszystkich. – ostatnie słowa Zygmunta skierowane do Dziadka. Teraz je sobie przypomniał.
Jego wyobraźnia i pamięć czasami płatała figle. Zaraz po tych słowach w umyśle starca pojawiła się bardzo realistyczna wizja.
Spokojnie płynąca rzeka. Zielone wówczas łodygi tataraku odgradzały małą wysepkę od plaży pełnej pluskających się dzieciaków. Siedzieli tam razem. Trzej chłopcy i dwie dziewczyny. Jeden z chłopców niski i wiecznie uśmiechnięty blondyn patrzył na to co działo się na plaży. Dwie dziewczyny siedziały nieco na stronie chichocząc cichutko. Dziadek wówczas osiemnastoletni rozłożył się na piasku pogryzając skórkę od chleba. Ostatni z chłopców patrzył przed siebie zastanawiając się nad czymś.
- Nie wyobrażam sobie waszych pogrzebów – wydusił po chwili.
Rozmowy ucichły. Wszyscy popatrzyli ze zdziwieniem na ciemnowłosego
- Co ty opowiadasz? Już ci się do grobu śpieszy? – Staszek znów odwrócił twarz w stronę plaży
- No ciekawe komu najmniej się będzie śpieszyło… - podrapał się po głowie
- Ty to jesteś jak dziecko Zyziu – dziadek wreszcie się odezwał – Jak chcesz to ja poczekam aż wszyscy wykitujecie żebyście nie czuli się samotni za jakieś pół wieku.
- Nie gada się o takich rzeczach w środku dnia – przez wodę przeszedł właśnie Janek. Wysoko w rękach trzymał kolejny bochenek chleba i słoik marmolady i torbę z piwami. – Jeszcze chwila i bawilibyście się na mojej stypie. Wiecie że nie umiem pływać a wyganiacie mnie po jakieś toboły
Obraz rozmył się i Dziadek znowu zobaczył trumnę wynoszoną z domu. Trumna została wsunięta do wozu pogrzebowego i samochód pomknął po drodze. Ludzie rozbiegli się do swoich pojazdów i po chwili wszystko zagłuszył ryk odpalanych silników. Dziadek nie miał samochodu. Nigdy nie zrobił prawa jazdy. Zawsze liczył na Zygmunta który przy takich uroczystościach zabierał go w swoim samochodzie. Teraz jednak go zabrakło. Na dodatek zaczęło padać. Wszystkie samochody odjechały a on sam miał już iść piechotą gdy usłyszał znajomy głos
- Proszę wsiadać! Nie ma pan samochodu? – Dziadek odwrócił się i zobaczył owego młodzieńca który pomógł mu gdy prawie się przewrócił. Wsiadł do czyściutkiego BMW i zamknął za sobą drzwi
- Dziękuje – wysapał
- James Morte – nieznajomy wyciągnął dłoń – Chyba pana skądś znam. Pan był przyjacielem zmarłego?
- Tak – głos dziadka zabrzmiał nadzwyczaj skrzekliwie i wątle w porównaniu do dziarskiego i spokojnego głosu
- Tak myślałem… Można powiedzieć że też byłem jego przyjacielem. Przynajmniej przez ostatnie tygodnie. Jestem… raczej byłem jego lekarzem. – James był cholernie beztroski żeby nie powiedzieć „wesoły” o ile można być wesołym na pogrzebie. – Jedziemy do tego żółtego kościółka
Żółty kościółek. Też coś. W tym „żółtym kościółku” przysięgę małżeńską składała połowa ich ówczesnej paczki. Dobrze pamiętał swój ślub. Takich rzeczy chyba się nie zapomina. Zosia już w stanie błogosławionym nie mogła nic pić ani zbyt energicznie balować. On był wprost przeszczęśliwy.
- Tak. – jedynie tyle był w stanie z siebie wydusić
Zanim dojechali rozpadało się już na dobre. Dobroczyńca który okazał się anglikiem wcisnął się do kościoła a Dziadek pozostał na deszczu sam. Czemu to wszystko musi się tak kończyć? Czemu to on został sam. Sam jak palec. Tyle lat wspólnych harców by teraz odkryć że od kilku lat jest zmęczony życiem. Nie ma żadnych relacji z własną córką. Nigdy nie widział wnucząt.
To przypomniało mu dawną sytuację. Piękny lipcowy poranek. Bawił się sam w ogrodzie. Wtedy podszedł do niego jakiś obdartus.
- Jak się nazywasz mały? – ochrypły głos przypominał warknięcie starego basseta.
- Mamaaa – dziecko najwyżej pięcioletnie podniosło krzyk.
- Ćiii – starzec przyłożył palec do ust. – Chcesz wiedzieć kim jestem? Spotkamy się tu jutro. Nie mów nikomu że mnie widziałeś. Nie mów nikomu – staruszek podrapał się po nieogolonym podbródku i stwierdził – jesteś podobny do babci
- Co się tu dzieje – młoda rudowłosa kobieta wyszła z domu z miotłą pod ręką – Odejdź stąd! Zostaw mojego syna! Miałeś się tu więcej nie pokazywać! Mama i tak już przez ciebie tyle płakała – kobieta ruszyła w stronę starca. Ten szepnął jeszcze „Jutro tutaj” i odwrócił się. Miotła śmignęła mu koło ucha a ten tylko się uśmiechnął.
Dziadek dawno zapomniał o tym momencie. Nie chciał myśleć o tym co było następnego dnia. Nigdy nie przyszedłby w umówione miejsce i był gotów nie wychodzić z domu całymi dniami. Jeden fakt zmienił jego tok myślenia. Ten człowiek był jego dziadkiem. Człowiekiem o którym nasłuchał się tyle historyjek że zapragnął się z nim spotkać na żywo. Uświadomił sobie ironię sytuacji. Tak samo jak dziadek był odepchnięty przez własnych bliskich. Nie mógł się widzieć z wnukami. Ale on nie usiłował spotkać się z rodziną za wszelką cenę. Przyjął swój los z pokorą. Może niesłusznie… Może powinien walczyć o to co mu się należy. Walczyć o długie dni spędzone w towarzystwie córki i zięcia. O wieczory spędzone na opowiadaniu bajek swoim wnukom. Nie… Dziadek żył już za długo by uważać że taka walka ma sens. Sytuacji takich jak ta w jego życiu było wiele. Większość z nich wykorzystał ale nie wyszło z tego nic dobrego.
Został jeszcze do końca mszy a potem poszedł zaraz za trumną na cmentarz. Tam trzymał się na uboczu podpierając się na starym omszałym grobie. Mnóstwo ludzi ubranych w czerń. Szlochy i jęki. To przypomniało mu coś.
Stał na tym samym cmentarzu ale w innym miejscu. Teraz nie trzymał się na uboczu lecz był niemal w środku zainteresowania. Z jego niebieskich oczu płynęły łzy. Za nim stał Zygmunt. Trzymał mu rękę na ramieniu. W wykopanym dole miało spocząć ciało jego ukochanej Zofii. Nieco dalej stała jego córka. Makijaż rozmazał się od łez. Głowę wtuliła w ramię męża który co jakiś czas patrzył na Dziadka jakby oczekując że coś powie. Po zakończeniu ceremonii Dziadek podpierając się ciężko na ciemnobrązowej lasce podszedł do córki.
- Marysiu – powiedział łamiącym się głosem – Córeczko… Czy musiało dojść do tego żebyśmy zrozumieli nasze błędy? Zakończmy te zatargi.
- Nasze błędy – kobieta nazwana Marysią podniosła wzrok na swojego ojca po czym ścisnęła jeszcze mocniej ramie męża. Ten skrzywił się lekko bynajmniej nie z powodu obecności teścia ale przez to że paznokcie żony wbijały się w jego rękę niczym szpony. Patrzył na staruszka wzrokiem mówiącym „Nic nie mogę na to poradzić” – Nigdy się nie zmienisz. To ty popełniłeś błąd! Nawet kilka błędów! Uważasz mnie za swoją córkę? Mama wszystko mi wyjaśniła. To co się stało jest tylko i wyłącznie twoją winą. Nie nachodź nas. Nie odzywaj się do nas. Nie chce cię widzieć przy którymkolwiek z moich dzieci. Tomek idziemy – i odwróciła się na pięcie i odeszła.
Znowu wrócił do rzeczywistości. Nie było tu jego córki ani zięcia. Nie było też Zygmunta. Nie było nikogo dla kogo miał cel zostać. Już wiedział co ma zrobić. Wróci do domu i zakończy to wszystko.
~*~
Wieczór. Mały domek na zacisznym osiedlu. Z jednej strony znajdował się mały lasek a z drugiej mały jednorodzinny dom. Dziadek schylił się i wyciągnął spod tapczanu mały poręczny pistolecik. Wyglądał i w rzeczywistości był bardzo stary. Dostał go od dziadka. Tego pamiętnego dnia
Gdy wrócił do domu zaraz po „spotkaniu” z dziadkiem spojrzał na zegarek. Nie umiał liczyć więc poprosił babcię by juto o tej samej porze przypomniała mu że miał iść do Zygmunta. Ta nieco zmarszczyła brwi ale obiecała wywiązać się z umowy. Wreszcie znalazł się w ogrodzie. Za wielkim krzakiem siedział ten sam staruszek. Brunatny płaszcz a pod nim mundur wojskowy o wysokim stopniu zużycia.
- Myślałem że nie przyjdziesz – mruknął – Nie wiem jak to powiedzieć… Pewnie się zdziwisz ale… Jestem twoim dziadkiem
Dziecko powoli kiwnęło głową.
- Twoja babcia zabroniła mi się z tobą widywać. Ja jestem już blisko końca i dlatego chce dać ci coś co jest dla mnie najcenniejsze – i zza pazuchy wyciągnął małe zawiniątko. Rozwijając warstwy materiału malcowi ukazał się wspaniały wypolerowany malutki pistolet wraz ze złotym łańcuszkiem.
- Wiem że ci się przyda. Schowaj go i pilnuj dobrze. Nie pozwól żeby ktoś to zobaczył a zwłaszcza babcia i mama. Wspomnij mnie czasem gdy będziesz miał go w ręku. Wiem że w ogóle mnie nie znasz ale pamiętaj że cię kocham tak jak kocham twoją babcię i mamę.
Wspomnieć go? Pamiętam. Człowiek który przeżył to samo co ja. Podobno znaleziono go tego samego dnia wiszącego w jakiejś stodole. Teraz zrobi z pistoletu użytek. Stanął na środku pokoju. Zasłonięte rolety nie pozwalały stwierdzić co działo się za oknem. W pomieszczeniu tliło się nieśmiało jasne światło. Naładował powoli magazynek i przytknął pistolet do skroni. Zamknął oczy. Przed oczami przeleciały mu fragmenty życia które zmarnował. Pierwsza jazda na rowerku, spotkanie dziadka, szkoła, śmierć babci, przeprowadzka, poznanie Zofii, Zygmunta, reszty kompanii, Zofia płacząca na jego ramieniu pewnej zimnej grudniowej nocy, ślub w środku marca, narodziny Marysi, pierwsze kłótnie, śluby i pogrzeby, śmierć Zofii, śmierć Zygmunta, pogrzeb. Dalej nie będzie już nic. Tego jego pamięć nie zapisze
- Nie musisz tego robić. Przynajmniej nie teraz
Godzinę później sąsiedzi usłyszeli wystrzał z pistoletu. Po następnych kilku minutach policja stwierdziła samobójstwo. Na pogrzeb nie przyszedł nikt poza jednym człowiekiem.